Banksterzy rządzą polityką i gospodarką*

 

System bankowy, który teoretycznie powinien pełnić rolę służebną wobec reszty gospodarki, dawno przestał wspierać realną gospodarkę w rozwoju i stał się organizmem pasożytującym na jej zdrowym ciele.

 

To właśnie banki, obok mających pozycję oligopolistyczną spółek telefonii komórkowej, posiadają siedziby (i to zwykle bardzo okazałe) w centrach polskich miast, skąd dawno uciekły inne firmy ze względu na koszty. Nie ma się co dziwić, skoro banki co roku notują w Polsce rekordowe zyski. W 2009 roku zysk netto sektora bankowego wyniósł ponad 8 mld zł, w 2010 roku – 11,67 mld zł, w 2011 roku – 15,7 mld zł, a w ciągu pierwszych dziesięciu miesięcy 2012 roku – już 13,5 mld zł, więc można szacować, że w całym 2012 roku przekroczy 16 mld zł. Wysokie zyski banków świadczą o tym, że brakuje w tej branży konkurencji.

 

Bankowe przywileje

 

Państwo sprzymierzyło się z systemem bankowym, by móc kontrolować posunięcia i finanse podmiotów na rynku i zwykłych ludzi. Bankom udzielono wielu przywilejów w porównaniu z pozostałymi podmiotami prowadzącymi działalność gospodarczą. Ogranicza się tworzenie nowych podmiotów bankowych poprzez systemy zezwoleń obwarowane wieloma warunkami czy wysokie koszty wejścia na ten rynek (minimalny kapitał założycielski banku w Polsce to 5 milionów euro). Państwo reguluje nawet wysokość oprocentowania. Dodatkowo za składki płacone państwu przez banki działa nadzór bankowy w postaci Komisji Nadzoru Finansowego, która może dość głęboko ingerować w działalność bankową. Zgodnie z Prawem bankowym, w Polsce tylko banki mogą udzielać kredytów, a także wystawiać bankowe tytuły egzekucyjne i posiadają szereg innych przywilejów. Państwo wspiera banki również poprzez walkę z parabankami czy spółdzielczymi kasami oszczędnościowo-kredytowymi (narzucając na nie nowe regulacje), które oferują lepsze oprocentowanie. Z drugiej strony banki muszą łamać tajemnicę bankową, by udzielać informacji na żądanie wielu instytucji państwowych. Są także obłożone wieloma podatkami i opłatami, które zasilają budżet państwa. Od kilku lat pojawia się pomysł międzynarodowego podatku od transakcji finansowych. I ten fakt ma również dodatkowy aspekt humorystyczny, bo przecież banki najpierw zarabiają na różnych operacjach, w których drugą stroną są rządy (papiery skarbowe, obligacje, kredyty itd.). Wygląda na to, że władze chcą poprzez ten podatek odzyskać część z tych pieniędzy, które zapłaciły bankom za kredytowanie wydatków publicznych.

Brak konkurencji na rynku bankowym powoduje szereg negatywnych konsekwencji. Banki zabierają zbyt dużo pieniędzy firmom i ludziom w ramach opłat za swoje usługi – przelewy, prowadzenie konta czy inne operacje. Koszty usług bankowych zarówno dla firm, jak i osób fizycznych są wysokie, co uderza w gospodarkę, bo te miliardy, które co roku uzyskują banki, mogłyby w rękach przedsiębiorców przyczynić się do rozwoju realnej gospodarki. Banki zarabiają też na nieświadomości spadkobierców zmarłych klientów. Jak informuje „Dziennik Gazeta Prawna”, nikt nie informuje rodzin zmarłych o tym, że mieli konto w banku i że są na nim jakieś pieniądze. A tymczasem w bankach na zamrożonych kontach osób zmarłych pieniądze czekają tylko 10 lat. Gdy nikt się nie zgłosi, to konta likwiduje się, a fundusze stają się własnością banku. Szacuje się, że problem może dotyczyć w całej Polsce niebagatelnej kwoty 10 mld zł. Ale regulacje bankowe ograniczają również udzielanie kredytów i powodują, że banki zakładają spółki do udzielania pożyczek. Niebankowe firmy pożyczkowe i zarejestrowane poza Polską nie podlegają KNF, co oznacza, że nie muszą respektować jej regulacji, np. rekomendacji T dotyczącej zasad badania zdolności kredytowej klientów, która ogranicza dostęp do finansowania bankowego osobom o niższych dochodach.

W Polsce zmuszono wszystkie firmy do posiadania konta bankowego. Teraz państwo wraz z bankami wymusza na ludziach, by także posługiwali się jak najczęściej kontami bankowymi, a nie gotówką. Jak poinformował „Dziennik Gazeta Prawna”, rządowy program zakłada, że do końca 2013 roku w państwowych urzędach mają zostać zlikwidowane kasy, a podatki i inne zobowiązania mają być płacone wyłącznie przelewami lub kartami płatniczymi. Podobnie ma się stać ze stypendiami, zasiłkami socjalnymi i emeryturami. Z kolei Polska Konfederacja Pracodawców Prywatnych „Lewiatan” zaproponowała na posiedzeniu zespołu ds. prawa pracy komisji trójstronnej, aby zasadą było także przelewanie na konto bankowe wynagrodzeń za pracę. W końcu dojdzie do takiej sytuacji, że w ogóle wyeliminuje się gotówkę, a przez to wszystkie transakcje pozostawią ślad elektroniczny, co umożliwi totalną inwigilację i kontrolę społeczeństwa ze strony państwa.

Na dodatek w wyniku lobbingu organizacji Pracodawcy RP, do której należy właściciel największej w Polsce niezależnej sieci bankomatów Euronet, Ministerstwo Finansów proponuje, by oprócz prowizji za wypłatę z bankomatu klienci banków płacili także dodatkową opłatę – surcharge. Wszystko po to, by jak najszerszy był dostęp do bankomatów, a co za tym idzie – by więcej ludzi było klientami banków. Tylko czy propozycja resortu finansów nie będzie miała przeciwnego skutku? Czy klienci nie zaczną w ogóle rezygnować z wypłat z bankomatów, jeśli będą obciążani dodatkowymi opłatami?

Co gorsza, banki nie są zainteresowane wspieraniem gospodarki, bo jest to działalność znacznie mniej zyskowna i bardziej ryzykowna w porównaniu do pożyczania pieniędzy wiecznie potrzebującemu państwu (dług krajowy to około 70 procent całkowitego zadłużenia publicznego). Zgodnie z informacją Ministerstwa Finansów, we wrześniu 2012 roku wartość obligacji Skarbu Państwa wyemitowanych na rynek krajowy wyniosła ponad 518,5 mld zł, a łączne zadłużenie krajowe Skarbu Państwa przekroczyło 546 mld zł. Co roku państwo musi wykupywać swój dług o wartości ponad 100 mld zł. Nadmierne potrzeby kredytowe państwa powodują, że często brakuje już pieniędzy na wsparcie kredytowe realnej gospodarki albo warunki kredytowania są mało korzystne dla biznesu.

 

Walka z lichwą

 

Nie mówiąc o tym, że transakcje kartami obciążone są w Polsce bardzo wysokimi prowizjami interchange, same karty kredytowe to pułapki dla klientów. Banki oferują konsumentom kredyty nawet na 60 dni bez oprocentowania. Po tym okresie oprocentowanie jest bardzo wysokie i wraz z różnymi opłatami sięgają nawet 49 procent. I nie ma zmiłuj się. Tymczasem praktyka pokazuje, że połowa ludzi nie spłaca w terminie swoich „darmowych” kredytów z kart, bo albo nie ma pieniędzy, albo po prostu zapomina. I właśnie na nich zarabiają banki. Zarabiają tak dużo, że opłaca się zaproponować 60-dniowy kredyt bez oprocentowania. Ale jest to zarobek nieuczciwy, żerujący na tym, że ludziom powinie się noga, czasami także na ludzkim nieszczęściu. Ale bank jak już złapie takiego klienta, to nie chce go wypuścić z rąk. Nie tylko wciska karty kredytowe, ale także próbuje namówić dziesiątkami nachalnych rozmów telefonicznych na nowe kredyty czy też nikomu niepotrzebne ubezpieczenia.

To właśnie banki i inne firmy pożyczkowe najczęściej bombardują nas reklamowym spamem na nasze skrzynki mailowe (choćby Citibank, mBank, Getin Bank, Idea Bank, BGŻ, Alior Bank, ING Bank Śląski, Deutsche Bank, Eurobank, PKO BP, Reiffeisen, Noble Bank, Polska Korporacja Finansowa Skarbiec, Expander, Provident, Kredyton, FM Bank), kusząc rzekomo promocyjnymi warunkami kredytowymi i pożyczkowymi, kartami kredytowymi czy nawet ubezpieczeniami (nie mówiąc o tym, że większość tych firm ma błędy nawet w swoich nazwach, bo zgodnie z zasadami języka polskiego nazwy powinny brzmieć np. Bank Getin, Bank Idea czy Bank Alior). W rzeczywistości często te promocje mają niewiele wspólnego z prawdą. W wielu przypadkach nie ma nawet do kogo zwrócić się z reklamacją, gdyż oddziały lokalne mało mogą poradzić, infolinie to droga przez mękę, a centrala istnieje albo wirtualnie, albo w innym kraju (np. Sygma Banque, Santander, Link4 itp.).

Tymczasem warto sobie uświadomić, że niezgodna z prawem działalność Amber Gold przez lata nie została zauważona przez urzędników, mimo że z ustawy Prawo bankowe w sposób bezpośredni wynika karalność prowadzenia takiej działalności. Artykuł 171 ust. 1 tej ustawy mówi, że „kto bez zezwolenia prowadzi działalność polegającą na gromadzeniu środków pieniężnych innych osób fizycznych, prawnych lub jednostek organizacyjnych niemających osobowości prawnej, w celu udzielania kredytów, pożyczek pieniężnych lub obciążania ryzykiem tych środków w inny sposób, podlega grzywnie do 5.000.000 złotych i karze pozbawienia wolności do lat 3”. Dopiero po aferze z Amber Gold prokuratura i urzędy skarbowe zaczęły ścigać te instytucje udzielające pożyczek na lichwiarski procent. Zgodnie bowiem z ustawą antylichwiarską z 2006 roku maksymalne oprocentowanie kredytu w Polsce może wynosić czterokrotność stopy lombardowej NBP, czyli na chwilę obecną jest to 23 procent. Jednak firmy udzielające m.in. tzw. „chwilówek” obchodzą to ograniczenie, doliczając do kosztów pożyczki różnorakie wymyślne opłaty jak np. obowiązkowe ubezpieczenie czy koszty obsługi w domu klienta. W skrajnych przypadkach dochodzi do sytuacji, że realne oprocentowanie przekracza 5000 procent! Jak poinformowała „Gazeta Wyborcza”, Komitet Stabilności Finansowej chce „uszczelnić” przepisy tak, by ustawowy limit objął nie tylko samo oprocentowanie, ale także wszystkie koszty związane z udzieleniem pożyczki. Z drugiej strony prezydent Bronisław Komorowski wysłał pismo do KNF, w którym apelował, by umożliwić ludziom pracującym na tzw. umowach śmieciowych zaciąganie kredytów. Zdaniem Komorowskiego, przedziwna jest sytuacja, w której bardzo zaradni młodzi ludzie, dobrze sobie radzący w życiu i zarabiający przyzwoite pieniądze, nie mogą korzystać z kredytów tylko dlatego, że pracują nie na stałej umowie o pracę.

Ministerstwo Finansów, NBP, KNF i UOKiK patronują kampanii społecznej przestrzegającej przed zgubnymi skutkami zadłużania się ponad miarę i informującej o ryzykach związanych z zaciąganiem pożyczek na wysoki procent. – Chcemy skoncentrować się na lichwie, czyli pożyczkach o bardzo wysokim oprocentowaniu. Okres przed świętami to dobry czas, żeby uczulić ludzi na rozważniejsze pożyczanie – mówił „Pulsowi Biznesu” Przemysław Kuk, szef biura prasowego NBP. A kto pouczy Tuska i Rostowskiego w tej samej sprawie? Całą kampanię ostro krytykuje w „Uważam Rze” prawicowy publicysta Rafał Ziemkiewicz: „Ministerstwo Finansów (…) wykupi w telewizjach 1400 spotów reklamowych. Wykupi też billboardy i powierzchnię reklamową w gazetach. Ile publicznych pieniędzy zostanie w ten sposób przepompowanych do żyjących z władzą w coraz ściślejszej symbiozie mediów – ściśle tajne. Jeszcze ściślej tajne jest oczywiście to, jaka agencja reklamowa się na tych pieniądzach pożywi i czyim szwagrem jest jej właściciel”.

Co gorsza, Bankowy Fundusz Gwarancyjny tylko stwarza złudzenia bezpieczeństwa – napisał prof. Krzysztof Rybiński na łamach portalu wPolityce.pl. „Przypomnijmy, że depozyty osób prywatnych w Polsce to ponad 450 mld zł, a BFG ma trochę ponad 7 mld zł. W związku z tym pokrycie gwarancjami depozytów wynosi mniej niż 2%” – napisał Rybiński. „W związku z tym składki na BFG należy traktować wyłącznie jako haracz, który w żaden sposób nie zwiększa bezpieczeństwa systemu finansowego w Polsce. Jeśli dojdzie do takiej sytuacji, że padnie jakiś duży bank, za wszystko i tak będzie musiał zapłacić podatnik” – podkreślił ekonomista.

 

Jak zarabiają banksterzy?

 

Jak pisze Edward Griffin w książce „Finansowy potwór z Jekyll Island”, za kolebkę współczesnej bankowości uznaje się Wenecję. Już w XIV wieku władze tego państwa-miasta z uwagi na nadużycia banków zakazały bankierom angażować się w jakiekolwiek pozabankowe przedsięwzięcia komercyjne. Jednocześnie bankierzy zostali „zobowiązani do publicznego udostępniania (…) do wglądu swoich ksiąg rachunkowych oraz zapasów monet”. Mimo to banki nadal pożyczały więcej pieniędzy niż posiadały. Z upływem czasu politycy jednak ulegli bankom, bo sami potrzebowali pieniędzy na różne cele, a nie byli w stanie uzyskać ich z podatków. W rezultacie w 1619 roku utworzono Banco del Giro, który zaczął „tworzyć pieniądze z niczego w celu pożyczania ich rządowi”.

Bankierzy od początku istnienia bankowości zarabiali głównie na współpracy z państwem. Angażowali się w wojny, wielkie inwestycje jak kanał Sueski, kanał Panamski, produkcję zbrojeniową, infrastrukturę kolejową i drogową, kopalnie węgla i diamentów, wydobycie ropy naftowej, przemysł chemiczny czy farmaceutyczny. Jak pisze w książce „Wojna o pieniądz 2” Chińczyk Song Hongbing, to chciwość żydowskich bankierów doprowadziła do wielu nieszczęść, jak hiperinflacja w Niemczech w latach 20. XX wieku, rewolucja październikowa, kryzys azjatycki, kryzys światowy roku 2008 i wiele wojen (szacowany koszt wojny w Iraku i Afganistanie przekroczył 1,4 biliona dolarów). To ich pomysłem był Plan Damesa, Plan Marshalla, Nowy Ład Roosevelta, kredyty na zbrojenie hitlerowskiej machiny wojennej, pakiety stymulacyjne pod hasłem „ratowania banków”, zadłużanie niemal wszystkich państw na świecie, utworzenie Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego (czy także Europejskiego Mechanizmu Stabilizacyjnego i Europejskiego Funduszu Stabilizacji Finansowej?). Należy przypuszczać, że w tym samym celu jest prowadzona polityka klimatyczna – walka z globalnym ociepleniem, z czym związane są m.in. gigantyczne inwestycje w nieekonomiczny sektor tzw. energii odnawialnej (wydatki stymulacyjne rządu Obamy tylko na aktywizację „zielonego sektora” kosztowały amerykańskich podatników 90 mld USD i nie przyniosły pokładanych w nich nadziei), również dotacje unijne – m.in. konieczność brania kredytów przy ich współfinansowaniu. Jak pisze Hongbing, „realizacja planu [Charlesa – TC] Dawesa rozpoczęła się w 1924 roku. Głównym jego założeniem była redukcja niemieckich odszkodowań wojennych ze 132 miliardów na 37 miliardów marek. Ponadto Stany Zjednoczone udzieliły Republice Weimarskiej pożyczki, potrzebnej przede wszystkim na spłatę zadłużenia wobec Francji i Wielkiej Brytanii. Kraje te z kolei zwracały otrzymane pieniądze Amerykanom, którzy byli ich wierzycielami. W ten sposób kapitał zataczał wielki krąg, ostatecznie powracając do punktu wyjścia. Koszty tej operacji ponosili podatnicy w USA. (…) Jednocześnie wszyscy bankierzy zaangażowani w te transakcje dużo na nich zarabiali”.

Ks. dr Roman Piwowarczyk, wiceprezes Katolickiego Stowarzyszenia Dziennikarzy, w referacie pt. „Globalizacja i Nowy Porządek Świata” udowadniał, że potężny ród Rothschildów, żydowskich bankierów, od kilku wieków buduje swoją potęgę, by stworzyć rząd światowy o nazwie New World Order. – Z perspektywy ponad 200 lat widać, jak mocno rozwinęła się struktura bankowo-medialno-polityczna w ramach rozrastającego się rodu Rothschildów, których kapitał jest na dziś dzień wyceniany na niewyobrażalną kwotę ok. od 500 do 700 mld dolarów [to mniej więcej wartość rocznego PKB Polski – TC] – mówił dr Piwowarczyk. To oni kontrolują finanse większości państw świata. Prawdopodobnie oni stoją za zamachami na prezydentów USA Abrahama Lincolna i Johna Kennedy’ego, którzy chcieli uniezależnić amerykańskie finanse od żydowskich bankierów. Także oni mają stać za przymusem szkodliwych szczepień, GMO, indoktrynacją medialną i edukacyjną, niszczeniem rodziny i religii. Jak podał ks. Piwowarczyk, tylko w 2012 roku, bazując na oficjalnych danych, pomimo ogłaszanego wielkiego kryzysu ekonomicznego wydano na zbrojenia ponad 2,1 biliona dolarów.

Hongbing pisze: „To właśnie jest powód dla którego międzynarodowi bankierzy kochają wojnę: dochodzi do sytuacji, w której rząd, nie mając innego wyjścia, sprzedaje aktywa o dużej wartości po bardzo niskich cenach – świetna okazja do zarobienia wielkich pieniędzy. Kiedy finansjera staje się dostatecznie silna, zaczyna podsycać nastroje nacjonalistyczne, prowokować konflikty międzypaństwowe, popychać rządy w kierunku wielkich programów inwestycji w sektor militarny, ożywiać ukryte sprzeczności, pozostające dotychczas w uśpieniu, jednym słowem: pobudzać całą tę machinę, aby następnie narzucić swoje usługi w organizacji płatności oraz zbiórki wszelkich kontrybucji i reparacji. Wystarczy, by duży kapitał miał zmienić właściciela, pośrednicy tej operacji, nie szczędząc wysiłków w celu wykorzystania tego, na czym już wcześniej położyli rękę, zawsze osiągną wielki dochód tytułem opłat za usługę”. Chińczyk zaznacza, że „bez względu na wynik wojny, znajdujący się po obu stronach bankierzy zarabiają na niej”. „Przez ponad dwieście lat Rothschildowie uważali, że tym, co może wpłynąć na ich finansowe imperium, są wojny i rewolucje. Bez względu na rodzaj konfliktu, by móc stosować zorganizowaną przemoc, walczące strony potrzebują przeprowadzenia wielkich zbiórek kapitałów [poprzez kredyty i obligacje lub prywatyzację – TC]. Poza tym tego typu zdarzenia naruszają porządek społeczny, wrogość często wymierzona jest w grupy dotychczas sprawujące władzę (arystokrację i kościół), co stwarza doskonałe okazje do wzrostu wpływów politycznych finansistów. I wreszcie: na odbudowę i usuwanie zniszczeń po walce także konieczne są pieniądze [do tego dochodzą kontrybucje wojenne – TC]. W ten sposób na jednej akcji można zyskać trzykrotnie” – podkreśla chiński autor.

 

Pieniądze tworzone z powietrza

 

Polityką finansową USA steruje zarząd Rezerwy Federalnej, który nie jest przez nikogo kontrolowany, ani przed nikim nie odpowiada ze swoich decyzji. Kiedy w 1993 roku Henry B. Gonzalez, demokratyczny kongresman z Teksasu, zgłosił projekt ustawy, która wprowadzała niezależny audyt Fed-u oraz obowiązek rejestrowania zebrań zarządu Rezerwy, w wyniku bankierskiego lobby propozycja została odrzucona. Przeciwko samowolce Fed-u opowiadał się także prof. Murray Rothbard z Austriackiej Szkoły Ekonomii. Później do tego samego nawoływał Ron Paul, republikański kongresman z Teksasu. Jednak wszystkie te propozycje były blokowane. Dopiero w lipcu 2012 roku zdominowana przez Partię Republikańską Izba Reprezentantów przyjęła proponowaną przez Paula ustawę, która zakłada szczegółowy audyt Rezerwy Federalnej oraz nadzór nad nią Kongresu. Jednak inicjatywa nie miała szans powodzenia w zdominowanym przez Demokratów Senacie. – To agencja, która generalnie w ciągu ostatnich 100 lat zniszczyła 96 procent wartości naszej waluty – skomentował Rand Paul, republikański senator, a prywatnie syn Rona.

– To kredyt tworzy depozyty, a nie odwrotnie – mówił Francois de Siebenthal, były szwajcarski bankier w wywiadzie dla portalu bibula.com. W ocenie bankiera, więcej niż 90 procent pieniędzy będących w obiegu powstało po prostu z powietrza. Dodał, że 99,99 procent dolarów jest wytworzone z niczego. Zdaniem de Siebenthala, główny problem polega na tym, że systemu kredytu używa się po to, by utrzymać wzrost gospodarczy USA kosztem krajów ubogich. – Gdy kredyt jest tworzony jedynie po to, aby podtrzymywać pozorny wzrost gospodarczy, istnieją różne drogi wyjścia z tej sytuacji. Jedną z nich może być doprowadzenie do powszechnej wojny z milionami ofiar, albo krwawej rewolucji, czy chociażby kredytowego kryzysu, jakiego doświadczyła Japonia wraz z niedoborem gotówki i masowym wyludnieniem, albo znowu może to spowodować totalną zapaść gospodarczą, jak to się zdarzyło w 1929 roku – podkreślił bankier. Jako rozwiązanie dla tej sytuacji Ron Paul wskazuje na konieczność wolnorynkowych rozwiązań w sektorze bankowym. Paul, krytykując system rezerw częściowych, przypomniał słowa prof. Murraya Rothbarda, który wskazywał, że one „tworzą pieniądze z powietrza” i działają niczym „fałszerze”. Zdaniem Paula, działalność ta powoduje, że banki grają pieniędzmi ludzi, którzy je im powierzyli, tworząc w ten sposób niestabilność na rynku finansowym. Banki tym bardziej ryzykują pieniądze klientów, im mają większą pewność na wsparcie ze strony rządu w razie kłopotów. – Rozwiązaniem problemu niestabilności finansowej jest stworzenie w pełni wolnorynkowego systemu bankowego, w którym banki nie mają żadnej gwarancji rządowego wsparcia w razie jakiejkolwiek porażki – podkreślił Paul. Podobnie zdaniem prof. Jesusa Huerta de Soto, hiszpańskiego ekonomisty Szkoły Austriackiej, reforma bankowości powinna opierać się na trzech filarach. Po pierwsze, należy wprowadzić pełną swobodę wymiany pieniądza. Po drugie, system wolnej bankowości (bez ingerencji państwa) wraz ze zniesieniem banku centralnego. Po trzecie, należy wprowadzić wymóg stuprocentowej rezerwy.

Prof. Murray Rothbard w książce „O nową wolność. Manifest libertariański” pisze: „Kiedy bank komercyjny pożycza pieniądze prywatnej osobie, przedsiębiorstwu albo rządowi, to nie puszcza w obieg już istniejących pieniędzy, wypracowanych w pocie czoła przez ludzi i złożonych przez nich w bankowym skarbcu. Ludziom tylko się wydaje, że tak jest. Bank pożycza nowy depozyt na żądanie wykreowany w trakcie udzielania kredytu”. Prof. Jesus Huerta de Soto w pozycji „Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne” dodaje: „Ekspansja kredytowa (…) prowadzi do autodestruktywnego boomu, który wcześniej czy później zakończy się odwrotem w postaci kryzysu gospodarczego i recesji”, ponieważ dochodzi do zakłócenia koordynacji zachowań różnych podmiotów gospodarczych. Pojawiają się inwestycje, które nie mają ekonomicznego uzasadnienia i towary, na które nie ma popytu. Dodatkowo ta „ekspansja kredytowa inicjowana przez system bankowy bez oparcia w realnych oszczędnościach” wywołuje bezrobocie. „Jeśli więc dojdzie do ekspansji kredytowej, kryzysy i depresje gospodarcze są nieuniknione” – konkluduje de Soto.

Tymczasem kraje strefy euro, tworząc europejski nadzór bankowy, robią dokładnie to, co krytykuje Paul i de Soto. Mianowicie na kryzys finansowy spowodowany nadmiernym interwencjonizmem państwowym proponują jeszcze więcej interwencjonizmu. Europejski Bank Centralny będzie mógł wtrącać się do działalności bankowej, a także będzie decydował o wydawaniu licencji bankowych czy upadłości banków. Kolejnym etapem ma być utworzenie unii bankowej, która ma wielu przeciwników. Niemieccy ekonomiści uważają, że plany utworzenia unii oznaczają wspólną odpowiedzialność za długi europejskich banków, sięgające bilionów euro. Podkreślają, że podatnicy i emeryci z „solidnych” europejskich krajów nie mogą być traktowani jako zabezpieczenie dla tego zadłużenia, a koszty nietrafionych inwestycji muszą ponosić same banki. Ostrzegli też, że wspólny nadzór bankowy nie zapobiegnie dalszym nadużyciom finansowym. Z kolei Petr Nečas, premier Czech, zagroził, że zablokuje plany wprowadzenia unii bankowej, twierdząc, że może to narazić na niebezpieczeństwo czeskie banki. Popiera go w tych działaniach Wacław Klaus, prezydent Czech.

 

Szkodliwe stymulacje

 

Dług konsumencki w Stanach Zjednoczonych osiągnął rekordowy poziom – w październiku 2012 roku wyniósł on 2,75 biliona USD. Obecnie wydatki konsumenckie stanowią 70 procent aktywności ekonomicznej w USA. 25 procent Amerykanów ma więcej długów niż oszczędności – podaje serwis informacjeusa.com. Według portalu Bankrate.com, jest to spowodowane wysokim bezrobociem, spadającymi cenami domów oraz przede wszystkim rosnącymi cenami paliwa. Wyższe wydatki powodują, że Amerykanie coraz częściej korzystają z kart kredytowych, a najgorzej sytuacja wygląda u osób najsłabiej wykształconych i najmniej zarabiających.

Jak uważa Songbing, kryzys finansowy z roku 2008 „nie jest rezultatem serii przypadkowych i zbieżnych w czasie zdarzeń, lecz konsekwencją trwającego od dłuższego czasu zachwiania stanu równowagi światowej struktury gospodarczej. Głównym czynnikiem, który do tego doprowadził, była nadmierna emisja dolara zapoczątkowana rozpadem systemu z Breton Woods w 1971 roku. Strumień pieniędzy, z roku na rok coraz większy, prowadził do stopniowego nagromadzenia się niebezpieczeństw. Trwająca przez ponad trzydzieści lat powolna destrukcja przekroczyła punkt krytyczny i doszło do wybuchu kryzysu”. Podjęte w odpowiedzi na kryzys stymulacje prezydenta Baracka Obamy okazały się jeszcze bardziej katastrofalne dla przeciętnego Amerykanina. Kryzys na amerykańskim rynku nieruchomości wywołał wzrost bezrobocia, spadek wartości domów i wzrost długów Amerykanów. W latach 2005-10 mediana bogactwa amerykańskich rodzin spadła aż o 35 procent. „Wartość” przeciętnego gospodarstwa domowego w 2005 roku wynosiła ok. 102 tys. USD, podczas gdy w 2010 roku było to już tylko 66,7 tys. USD. Pod koniec 2012 roku zaległości w spłacie hipotek miało aż 11 milionów osób, czyli problem dotyczy 23 procent wszystkich kredytów hipotecznych w USA.

Aby rzekomo bronić się przed kryzysem, w 2008 roku, za namową banksterów, rząd USA zdecydował się na wart ponad 800 mld USD pakiet stymulacyjny, który miał zmniejszyć bezrobocie. Pieniądze amerykańskich podatników dostały głównie duże grupy finansowe, które wywołały ten kryzys. Potem były kolejne multimiliadrdowe stymulacje. Zdaniem Thomasa Fireya, od 2008 roku amerykańscy podatnicy wydali na stymulację co najmniej 2,5 biliona USD (o podobnej kwocie mówi finansista Jim Bianco), a z kolei Arthur Laffer, były doradca ekonomiczny prezydenta Ronalda Reagana, twierdzi, że rozmiar stymulacji w ciągu ostatnich pięciu lat kosztował amerykańskich podatników ponad 4 biliony USD. Skutek tych działań jest odwrotny od zakładanego. W 2012 roku realny dochód na osobę w USA był o 1,5 procent niższy niż przed recesją w 2007 roku. Wzrosło także bezrobocie, które wbrew oficjalnym danym (7,8 procent) przekroczyło 11,6 procent. – Bez wątpienia można powiedzieć, że bank centralny bardzo zubożył naszą klasę średnią. Prawdziwe bogactwo nie rośnie, a tracimy tylko dobre miejsca pracy. To wszystko wina władzy federalnej, destrukcji pieniądza i interwencji. To system nastawiony przeciwko klasie średniej. To jasne, że gdy niszczymy walutę, to następuje naturalny transfer bogactwa z klasy średniej do bardzo bogatej – stwierdził Ron Paul.

Negatywnymi opiniami na temat obamowskich stymulacji można sypać jak z rękawa. Steve Roach, ekonomista z Yale uważa, że luźna polityka monetarna uskuteczniana przez Rezerwę Federalną to tykająca bomba dla amerykańskiej gospodarki, która prowadzi do kolejnego kryzysu. Prof. Stefan Horwitz z Uniwersytetu St. Lawrence w stanie Nowy Jork, twierdzi, że centralne planowanie i związane z nim wydatki stymulacyjne nie poprawiają sytuacji gospodarczej państwa, gdyż nie odpowiadają dokładnym potrzebom ekonomicznym społeczeństwa. – Rządowe wydatki, mające na celu napędzić amerykańską gospodarkę, wywołały dokładnie odwrotny efekt – stwierdził Arthur Laffer. – Państwo za państwem przekonało się, że wzmożone wydatki rządowe działają raczej depresyjnie niż stymulacyjnie – podkreślił ekonomista. W sierpniu 2012 roku Willard „Mitt” Romney, kandydat na prezydenta z Partii Republikańskiej, stwierdził, że Rezerwa Federalna nie powinna decydować się na kolejną rundę stymulacji monetarnej, gdyż poprzednie nie poprawiły sytuacji gospodarczej USA. – Praktyki rozluźnienia monetarnego stosowane przez Fed w celu napędzenia gospodarki są jak morfina, gdyż tymczasowo uśmierzają ból i poprawiają samopoczucie, ale w długim terminie są niszczące dla organizmu – powiedział Neel Kashkari, były asystent amerykańskiego sekretarza skarbu. – Od 30 lat nasza gospodarka zadłużała się dla zwiększenia konsumpcji i PKB. Czas skończyć z tą iluzją. Musimy odejść od zadłużania się w stronę oszczędności i inwestycji – podkreślił Kashkari. – Rezerwa Federalna powinna wstrzymać swoją stymulację monetarną i pozwolić gospodarce odbudować się samej – powiedział z kolei Donald Trump, amerykański miliarder i inwestor. – Cała ta sztuczna stymulacja nie poskutkowała i nie udało nam się wrócić na właściwe tory. Stanie się tak dopiero, gdy spłacimy długi – dodał. Kolejna runda stymulacji ilościowej prowadzonej przez Rezerwę Federalną tylko pogłębi depresję gospodarczą USA – stwierdził Peter Schiff, prezes Euro Pacific Capital. Polityka tzw. rozluźnienia ilościowego prowadzona przez Rezerwę Federalną to nic innego, jak fałszowanie pieniędzy – powiedział Jim Bianco, szef biura Bianco Research. – Wielu ludzi rozumie politykę Fed jako drukowanie pieniędzy i tak właśnie jest. Gdybym ja lub któryś z amerykańskich obywateli robił takie rzeczy, jak Fed, to byłoby to fałszerstwo. Poszlibyśmy za to do więzienia – mówił Bianco. – Ale kiedy robi to Fed, wówczas nazywa się to wyrafinowaną polityką monetarną – dodał analityk. Prof. Martin Feldstein z Uniwersytetu Harvarda, uważa, że taka „niebezpieczna strategia” stwarza bardzo wysokie ryzyko inflacyjne, co może spowodować stagnację na rynku pracy, a nawet pogłębienie bezrobocia. Mało tego, jak w tygodniku „Uważam Rze” mówił Keith Hennessey, jeden z głównych doradców ds. ekonomicznych prezydenta George’a W. Busha, „problemy strukturalne, które przyczyniły się do kryzysu finansowego [z 2008 roku – TC], wciąż istnieją” i dodaje, że ustawa Dodd-Frank, która miała zabezpieczyć USA przed kolejnym krachem systemu bankowego, pogorszyła stan rzeczy, gdyż teraz duże banki zostały skoncentrowane i są jeszcze większe, niż były przed kryzysem.

Amerykańscy politycy idą na pasku banksterów, ale są kraje, które próbują się im sprzeciwiać. Węgry premiera Wiktora Orbana próbowały blokować wpływy światowej finansjery i od razu były niszczone wizerunkowo przez Unię Europejską. Z kolei jednym z nielicznych państw, który sprzeciwił się światowej finansjerze, jest Islandia. W przeciwieństwie do Unii Europejskiej, która „ratuje” upadające banki miliardami euro podatników, Islandia, wbrew interesom światowej finansjery, pozwoliła im zbankrutować, jednocześnie umarzając długi hipoteczne niemal wszystkich obywateli, z których zdjęto odpowiedzialność wobec kredytodawców. Dzięki temu gospodarka Islandii odradza się, a unijna – pogrąża się w coraz większym kryzysie. Ta lekcja jest jednak skrywana, by inne kraje nie zechciały wziąć przykładu z północnoatlantyckiej wyspy.

Podobny do amerykańskiej stymulacji skutek będzie miał nasz rodzimy program interwencjonizmu państwowego pod nazwą Inwestycje Polskie (a także program Innowacje Polskie), przygotowywany przez rząd Donalda Tuska na spółkę z państwowym Bankiem Gospodarstwa Krajowego. Prawda jest taka, że bez bankowych kredytów rozwój gospodarki byłby wolniejszy, ale z pewnością bardziej stabilny. Jednak rządy, uzależnione od bankierskiej kredytowej kroplówki, nie zgodzą się na zakończenie prowadzącego do destrukcji gospodarczej i cywilizacyjnej festiwalu zadłużenia. W ten sposób banksterzy – jak przypomina redaktor Stanisław Michalkiewicz – nie tylko osiągają gigantyczne korzyści finansowe kosztem podatników, ale w ten sposób utrwalają też decydujący wpływ na światową politykę. Kolejnym ich pomysłem, już wdrażanym w życie, jest NWO, rząd światowy i jednolity międzynarodowy system walutowy.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w numerze 1 kwartalnika „Opcja na Prawo” z 2013 r.

3 odpowiedzi to “Banksterzy rządzą polityką i gospodarką”

  1. sopel pisze:

    bardzo ciekawy artykuł, jednak odnośnie islandii, nie jest prawdziwy. rzeczywiście obiegowa opinia na rzecz tego kraju jest taka, że sprzeciwił się bankierom, jednak tak na prawdę, rząd islandii robi wszystko aby tak nie było… to że dwukrotnie nie udało się przeprowadzić referendum, nie oznacza, że banki nie otrzymały tego co nie chciały… państwo znacjonalizowało banki, tylko po to aby zrestrukturyzować ich dług i ponownie oddać je w ręce tym banksterom, którzy go wytworzyli… w ten sposób państwo wyczyściło blianse dwóm z trzech głównych banków islandii. obecnie ich nowi (starzy) właściciele mogą ponownie je zadłużać wraz z islandzkim społeczeństwem. poza tym, w islandii stworzono mechanizm zgodnie z którym, nie ma możliwości spłaty kredy hipotecznego przez przeciętnego kredytobiorcę – dług oparty jest o inflację oraz niestabilną koronę , w wyniku czego spłacane są wyłącznie odsetki od kredytu, a nie jego baza… proszę poczytać więcej jak to funkcjonuje w islandii, a będzie pan przerażony tym co właśnie tam sektor bankowy zgotował ludziom… pisał pan o roli mediów, i sam się pan dał złapać w przypadku islandii w pułapkę medialnej papki na temat tego kraju… mam nadzieję, że mój post przynajmniej zmieni zdania (o sukcesie islandii) czytelników na temat tego kraju… banksterzy czuwają i zawsze wygrywają, nawet jak obiegowej opinii światowej wydaje się inaczej… pozdrawiam.

  2. zr132 pisze:

    Po przeczytaniu tego artykulu zaczynam sie zastanawiac kiedy i co musi sie stac zebysmy wszyscy jednym hurem powiedzieli DOSC systemowi bankowemu. pozdrawiam

Zostaw odpowiedź

web stats stat24