Autonomia oznacza decentralizację*

W okresie przedwojennej autonomii Górny Śląsk bardzo dobrze rozwijał się nie dlatego, że miał węgiel, tylko dlatego, że dobrze był zarządzany – lokalnie z Katowic, a nie z Warszawy – uważa Władysław Reichelt z Unii Wielkopolan. Także teraz autonomia regionów miałaby wiele pozytywów.

 

PiS głośno sprzeciwia się wszelkim dążeniom autonomicznym, szczególnie potępiając Ruch Autonomii Śląska, który uważany jest za organizację antypolską i proniemiecką. Jakiś czas temu wielkie poruszenie wywołały deklaracje Dietera Przewdzinga, burmistrza podopolskich Zdzieszowic, który stwierdził, że chce autonomii dla Śląska, Małopolski i innych regionów, bo Warszawa rozkrada lokalny majątek. – Rządzący w Warszawie rozkradli cały nasz majątek i zrobili z nas biedaków – mówił Przewdzing. – Wszystko do Warszawy płynie. To niedopuszczalne. Słyszałem, że już Małopolska i Wielkopolska myślą o autonomii i daj Boże, żeby im się to udało – dodał. „W regionalizacji Polski chodzi o uniezależnienie się od Warszawy, od tego molocha, który łupi wszystkich równo. Molocha, który zabiera dużo więcej, niż daje, a co gorsze – decyduje o przeznaczeniu środków” – piszą wielkopolscy autonomiści.

 

Utopić janosikowe

 

Autonomia regionów nie oznacza niepodległości, lecz to, że władze są bliżej spraw mieszkańców. Dzięki temu wiedzą, jak lepiej rządzić, a z drugiej strony – łatwiej patrzeć im na ręce. W 1999 roku wprowadzenie dwóch dodatkowych szczebli samorządowych poszło w dobrym kierunku, ale reforma była zła w tym sensie, że po pierwsze, województwa powinny być większe, a po drugie, powiaty nie są potrzebne, bo generują tylko dodatkową zbędną biurokrację. Bez sensu było utworzenie takich województw, jak opolskie czy lubuskie. „Zamiast regionów gospodarczych mamy słabe województwa, które za wypracowane dochody nie są w stanie się utrzymać” – uważają działacze Ruchu Autonomii Wielkopolan. Dlatego województw powinno być nie więcej niż dziesięć.

Bardzo dobrze sprawdza się autonomia niemieckich landów, gdzie właśnie na tym poziomie załatwia się większość spraw. Ale musi być nadrzędność konstytucji, co podważa Ruch Autonomii Śląska. W regionie najważniejszą osobą powinien być marszałek (władza samorządowa), nie wojewoda (przedstawiciel rządu centralnego). Niestety w Polsce przyjęto francuski model centralistyczny. Na dodatek funkcjonuje tzw. janosikowe, czyli haracz płacony przez bardziej pracowite i bogatsze regiony na rzecz biedniejszych. Oznacza to, że nie opłaca się w Polsce pracować, lepiej czekać na mannę z nieba. Tymczasem w dobrze funkcjonującej autonomii fundamentalną kwestią są pieniądze. – 80 procent dochodów powinno zostawać w regionie, na miejscu. Wtedy można mówić o samorządności. Jak się nie ma pieniędzy, to nie ma się jak rządzić. Na szczeblu centralnym wystarczy policja, armia i sądownictwo – mówi w rozmowie z „Najwyższym Czasem!” Władysław Reichelt, były poseł, pierwszy prezydent Unii Wielkopolan i przedsiębiorca z Wielkopolski. – Janosikowe trzeba utopić, bo musi być rywalizacja między regionami – dodaje. – Powinniśmy mieć prawo decydowania o własnym losie, zwłaszcza o tym, na co wydawane są nasze pieniądze – mówiła w 2011 roku podczas Marszu Autonomii Śląska zorganizowanego w Katowicach Natalia Pińkowska, członkini RAŚ, który proponuje wprowadzenie silnych, autonomicznych województw.

Działacze Ruchu uważają, że „większość problemów może być skuteczniej rozwiązywana na poziomie wspólnot lokalnych i regionalnych”. Idea RAŚ i Unii Wielkopolan jest jak najbardziej aktualna. Trzeba doprowadzić w końcu do autonomii dużych silnych regionów, likwidując centralizm z Warszawy, co dzięki konkurencji przyczyni się do rozwoju. Między regionami musi być rywalizacja, także podatkowa (tak jak między amerykańskimi stanami). Kiedy wszystko idzie do jednego kotła, to wiadomo, jak to się kończy. Już w okresie Polski dzielnicowej mało było wojen, a gospodarka się rozwijała. – Poznań, kiedy uzyskał prawa miejskie w XIII wieku, to do czasu potopu szwedzkiego był jednym z najlepiej rozwijających się i najbogatszych miast, dlatego że funkcjonowała jurysdykcja biskupia, a na przykład ulice i kamienice były prywatne – przypomina Reichelt.

 

Kluczem konkurencja

 

Służba zdrowia czy edukacja powinna być zorganizowana na poziomie samorządu. Za regionalizacją, przynajmniej w edukacji, opowiada się Marcin Melon, nauczyciel i przewodniczący Stowarzyszenia na rzecz edukacji regionalnej „Silesia Schola” z Katowic. Edukacja regionalna, w przeciwieństwie do autonomii administracyjnej i gospodarczej, nie powinna budzić raczej większych kontrowersji. W interesie wszystkich mieszkańców regionu leży przecież to, by jego najmłodsi mieszkańcy wiedzieli o nim jak najwięcej i czuli z nim więź. Bez tego poczucia więzi nie można w pełni poczuć się gospodarzem swojej „małej ojczyzny” – mówi „Najwyższemu Czasowi!” Melon. – Tymczasem w chwili obecnej tej więzi nie ma, bo trudno czuć się związanym z czymś, czego się nie zna. Przypomnę krótko wyniki badań z 2009 roku: 90 procent młodych Ślązaków nie zna ani jednego wydarzenia czy postaci z dziejów swojego regionu. Podobnie jest z naszą regionalną kulturą, znajomością śląskiej godki, mało tego, większość nastolatków nie zna nawet granic Śląska. Na Śląsku sytuacja jest wyjątkowo trudna, bo przecież historia tego regionu znacznie różni się od historii reszty terytorium dzisiejszej Polski. Podobnie jest z naszą regionalną kulturą, znajomością śląskiej godki, mało tego, większość nastolatków nie zna nawet granic Śląska. Dlatego między innymi w ubiegłym roku powstało Stowarzyszenie na rzecz edukacji regionalnej „Silesia Schola”, które skupia nauczycieli zajmujących się nauczaniem o regionie oraz wszystkie inne osoby życzliwe tej idei – zaznacza.

Zdaniem Władysława Reichelta najlepiej, by w każdym województwie istniały konkurencyjne systemy w różnych dziedzinach – wtedy rynek pokaże, który jest najlepszy. Region ma też wytwarzać polityków. To oznaczałoby koniec rządów zza biurka centrali w Warszawie. Unia Wielkopolan ma wiele pomysłów na usprawnienie różnych dziedzin życia gospodarczo-społecznego. Powołała Instytut Jakości, który nadaje znaki jakości produktów przedsiębiorców z regionu, wspierając w ten sposób lokalny biznes. Jest także autorem projektu kas chorych w służbie zdrowia. Minimalna składka miałaby wynieść 10 procent płacy, a ponadto funkcjonowałyby ewentualne dobrowolne dodatkowe wpłaty. Składki miałyby leżeć na koncie pacjenta w kasie chorych i procentować. U lekarza pacjent podpisywałby fakturę za usługę, a część mógłby zapłacić na miejscu. Następnie lekarz wysyłałby faktury do kasy chorych, która zwracałaby mu koszty. – Z kolei lekarze 1 procent ze składek ubezpieczeniowych wpłacaliby do kasy chorych. Kasa chorych kupowałaby gabinety, sale operacyjne, urządzała wszystko. Potem taką salę chirurg wynajmowałby na konkretną operację – mówi Reichelt. – I pieniądz krąży bez zbędnych urzędników – dodaje. Inicjatywą Unii Wielkopolan była też spółka Autostrada Wielkopolska SA – autostradę A2 ukończono, co trudno powiedzieć o niektórych innych inwestycjach drogowych w Polsce.

Za autonomią regionów w sensie gospodarczym lub kulturalnym opowiada się Kongres Nowej Prawicy, w tym także jego lider Janusz Korwin-Mikke, jednocześnie sprzeciwiając się jakimkolwiek dążeniom do uzyskania przez regiony autonomii politycznej. – KNP popiera postulaty Ruchu Autonomii Śląska dotyczące niektórych zagadnień gospodarczych i kulturalnych. Z drugiej strony za niedopuszczalne uważamy stanowisko RAŚ, aby „prawo lokalne miało pierwszeństwo przed krajowym-ogólnopolskim” – stwierdził Wiesław Lewicki, prezes Regionu Śląsko-Dąbrowskiego KNP. – W przypadku Górnego Śląska droga do decentralizacji powinna wieść właśnie przez autonomię, czyli to, co totalitarna władza brutalnie zabrała temu regionowi – mówił w „Gońcu Wolności” Jacek Spendel, były szef KoLibra, mieszkający w Katowicach szef wolnorynkowej Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości. – Chciałbym, aby środowisko konserwatywno-liberalne opowiedziało się właśnie za silniejszymi regionami, czyli za tym, co lokalne, tradycyjne. W Stanach Zjednoczonych to właśnie siły lewicowe domagają się wzmocnienia rządu federalnego kosztem stanów, zaś ruchy społeczne utożsamiane z szeroko pojętą prawicą stają w obronie swoich małych ojczyzn i ich tożsamości – dodał.

 

Wzorem Hongkong

 

Poza Górnym Śląskiem i Wielkopolską także inne regiony myślą o autonomii. Idee regionalizmu na Dolnym Śląsku, jednym z najsilniejszych gospodarczo regionów Polski, promuje kilka organizacji, w tym m.in. stowarzyszenie Silesia Restituta, które podkreśla, że chce przywrócić „jego dawny blask i potęgę”. W 2011 roku w Mrągowie powstał Ruch Autonomii Mazur, który nastawia się przede wszystkim na rozwój gospodarczy regionu, krytykując politykę rządu centralnego wobec Mazur. Zrzeszenie Kaszubsko-Pomorskie opowiada się za „rozbudzaniem szerokiej inicjatywy dla wszechstronnego rozwoju, kulturowego, społecznego i gospodarczego” swojego regionu. Także w Związku Podhalan, który pielęgnuje kulturę i obyczaje praojców, wspiera lokalny rozwój gospodarczy i ochronę środowiska, pojawiają się elementy autonomii tego regionu.

Choć Unia Europejska wspiera regionalizmy (także ponadgraniczne), to potępia wszelką konkurencję i wszędzie ma być tak samo. Unijne, jak i warszawskie władze próbują wszystko wyrównywać za pomocą regulacji i przepływu pieniędzy od lepszych do gorszych (dotacje, janosikowe). W efekcie nie opłaca się być lepszym, „bo i tak ci zabiorą”. Większość polskich firm, jak i oddziałów zagranicznych koncernów w Polsce ma swoją siedzibę w Warszawie. W ten sposób bogacą tylko to miasto, choć sprzedają swoje usługi i produkty w całej Polsce. Ich siedziby nie zostały ulokowane w stolicy, bo są tu lepsze warunki rozwoju stworzone przez biurokratów, tylko dlatego, że jest bliżej do korupcyjnego światka polityki i urzędów, w których trzeba załatwiać mnóstwo papierów. Ta centralizacja hamuje rozwój regionów. Korzysta tylko Warszawa, a prowincja podupada, skoro nawet nie może konkurować zmniejszeniem regulacji czy podatków. A dlaczego Gdańsk czy Rzeszów nie mógłby utworzyć specjalnej strefy ekonomicznej, aby zachęcić do inwestycji? Tak z niczego powstało ogromne nowoczesne miasto Shenzhen w Chinach.

Taką koncepcję „polskiego Hongkongu” zaproponował Jan Fijor, publicysta i wydawca wolnorynkowych książek. Podsunął pomysł utworzenia w województwie zachodniopomorskim strefy wolnościowej z prawdziwego zdarzenia, która miałaby obejmować 6-7 powiatów. W strefie realizowano by idee państwa minimum, a władze w Warszawie odpowiadałyby tylko za bezpieczeństwo wewnętrzne i zewnętrzne, wymiar sprawiedliwości oraz politykę zagraniczną. – Bardzo ciekawy pomysł. W obecnej sytuacji, może faktycznie lepiej będzie próbować wyrwać choć kawałek Polski z systemu, który niszczy przedsiębiorczość i wszelką innowacyjność – skomentował Artur Dziambor, wiceprezes KNP. – Wątpię, aby obecnie rządzący w ogóle zmieścili w głowach coś tak odbiegającego ze sterowanego przez nich świata, ale po wyborach, kto wie… – dodał.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 46-47 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2013 r.

Jedna odpowiedź to “Autonomia oznacza decentralizację”

  1. krystian pisze:

    zawsze i na zawsze będę poznańczykiem, bo niedaleko POZNANIA urodziłem się i pozdrawiam wszystkich, którzy dążą do autonomii naszej ziemi. MY jesteśmy inni.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24