Armia zawodowa*
Adam Smith swoją teorię o podziale pracy zastosowuje również do wojska. Opowiada się za armią zawodową. Uważa, że jeśli wojsko ma być doprowadzone do jakiegoś stopnia doskonałości “nieodzowne jest, aby [sztuka wojenna] stała się jedynym lub głównym zajęciem określonej warstwy obywateli.”[1] Mądra polityka państwa powinna stworzyć stałą armię, ponieważ wtedy ćwiczenia wojskowe i doskonalenie się w walce są najważniejszym zajęciem żołnierzy i źródłem utrzymania, a to gwarantuje profesjonalizm. “Żołnierze pospolitego ruszenia natomiast traktują ćwiczenia wojskowe jako zajęcie dorywcze i czerpią podstawowe środki utrzymania z innego zawodu. Jeżeli chodzi o żołnierza pospolitego ruszenia, cechy robotnika, rzemieślnika czy kupca górują w nim nad cechami żołnierza”[2]. Smith nie ma żadnych wątpliwości, że armia zawodowa jest lepsza od armii z poboru: “niezależnie jednak od tego, w jaki sposób pospolite ruszenie wdraża się do posłuchu i w jaki sposób szkoli się je w sztuce wojennej, musi ono ustępować zawsze zdyscyplinowanej i dobrze wyćwiczonej armii.”[3] Na potwierdzenie tej tezy przytacza przykłady z historii zaczynając od starożytności. Ponadto obowiązkowa służba wojskowa ogranicza wolność człowieka i dlatego profesor Murray Rothbard nie boi się nazwać jej współczesnych rodzajem niewolnictwa. Adam Smith zaprzecza poglądom mówiącym, że stała armia może być zagrożeniem dla wolności. Twierdzi, że jeśli zwierzchnikiem armii zawodowej jest władza cywilna to nie istnieje takie niebezpieczeństwo. Ponadto jeśli panującego popiera stała armia to nie boi się on utraty władzy w sposób niekonstytucyjny i może dzięki temu sprawować sprawiedliwsze rządy.
Na polskim gruncie wprowadzenie silnej armii zawodowej popiera Unia Polityki Realnej: “wojsko powinno być ochotnicze i zawodowe – bo tylko takie dobrze walczy. Pobór przymusowy to balast dla armii, a demoralizacja i utrapienie dla niechętnych poborowych.”[4] Ponadto armia zawodowa jest tańsza, ponieważ “poborowi kosztują podwójnie: trzeba ich utrzymać i nie pracują w tym czasie w gospodarce. A i tak nie zdążą się wyszkolić do nowoczesnej wojny. Trzonem obecnych armii są zawodowcy: technicy w lotnictwie, czołgach i artylerii, komandosi w piechocie. Armia zawodowa to zarazem armia ochotnicza. Kto nie chce iść do wojska, nie nadaje się do niego, nie będzie odważnie walczył.”[5] Potwierdzają to badania: według tygodnika “Wprost” 48% wcielonych do polskiego wojska przyznaje, że służy w nim niechętnie, a tylko 13% odczuwa zadowolenie z powołania do armii.[6]
Armie powinny być zawodowe, ponieważ „zawód żołnierza to dziś jedna z profesji wymagających najbardziej żmudnego specjalistycznego wykształcenia oraz wyjątkowych predyspozycji fizycznych. Powierzanie żołnierki amatorom jest tak samo bezsensowne jak dopuszczenie do operacji chirurgicznych absolwenta zawodówki po dwutygodniowym kursie.”[7] Obliczono, że w Polsce 85-tysięczna armia zawodowa byłaby tańsza o 100 mln zł i niemal dwukrotnie sprawniejsza i efektywniejsza niż obecna 150-tysięczna armia z poboru.[8] Tak jest w Stanach Zjednoczonych, gdzie Departament Obrony wyliczył, że rezygnując z poboru kraj oszczędza co najmniej 2,5 mld dolarów. Dzięki temu, że: „żołnierz zawodowy przez całą służbę nie tylko nie traci nabytych umiejętności, ale nabywa nowe. W armiach z poboru trzeba wciąż uczyć nowe roczniki obsługi najprostszego uzbrojenia. Po wyjściu do cywila umiejętności te się degradują.”[9] Źle wyedukowani żołnierze z poboru „nie są w stanie nauczyć się posługiwać nowoczesną bronią, a tym bardziej systemami dowodzenia i łączności. We współczesnych armiach 30 proc. wyposażenia i uzbrojenia stanowi sprzęt ultranowoczesny, wymagający wiedzy i umiejętności, jakich żołnierze z poboru nigdy nie posiądą.”[10] Wojna w Iraku w 2003 roku potwierdziła powyższe fakty: „do armii Saddama Husajna wcielono 400 tys. żołnierzy z poboru, w dodatku walczyli oni na własnym terytorium. Pokonały ją czterokrotnie mniejsze wojska złożone z żołnierzy zawodowych. – W rzeczywistości proporcje były jeszcze bardziej szokujące, bo na pierwszej linii walczyło z Irakijczykami tylko 30 tys. żołnierzy koalicji.”[11] Obecnie oprócz Stanów Zjednoczonych armię z zawodową ma między innymi Wielka Brytania, Kanada, Holandia, Belgia, Hiszpania, Portugalia, natomiast planują mieć Włochy, Węgry, Czechy, Litwa, Łotwa, Estonia.
Za armię zawodową optuje również Wojciech Łuczak, redaktor naczelny “Raportu”: “w XXI wieku Polska powinna się zdecydować na armię całkowicie zawodową, złożoną z career oficers – nadterminowych i kontraktowych. Nowoczesna technika i nowoczesne systemy obronne (…) muszą być obsługiwane przez żołnierzy zawodowych. Niemożliwe jest, żeby nauczyli się tego żołnierze szkolący się przez kilka miesięcy.”[12] Ponadto armia z poboru może zniszczyć kariery zawodowe wielu mężczyzn: “pół roku albo rok w koszarach to byłaby dla mnie katastrofa. Po wyjściu z wojska zaczynałbym wszystko od nowa. Musiałbym zawiesić działalność gospodarczą i zerwać umowy – mówi 24-letni Adam Imiołek, (…) student i informatyk w PKO BP S.A.”[13] Z kolei Piotr Wielgomas, szef firmy doradczej Bigram uważa, że “pobyt w armii cofa w karierze nawet o trzy, cztery lata. Powołanie jest równoznaczne z wypadnięciem z rynku.”[14]
* Powyższy artykuł jest zmodyfikowanym fragmentem mojej książki „Prawicowa koncepcja państwa – doktryna i praktyka”
[1] Smith A., Badania nad naturą i przyczynami bogactwa narodów, T. II., Warszawa 1954, s. 407.
[2] Tamże, s. 409.
[3] Tamże, s. 411.
[4] Z ulotki wyborczej Unii Polityki Realnej z 1997 r.
[5] Tamże.
[6] Szczęsny J., Łuczak M., Chora armia, w: “Wprost” 1997, nr 23, s. 32.
[7] Sieradzki S., Zawodowe Wojsko Polskie, w: „Wprost” 2003, nr 17, s. 26.
[8] Tamże.
[9] Tamże.
[10] Tamże, s. 27.
[11] Tamże, s. 28.
[12] Pleśniak R., Rembelski D., Polskie żądło, w: “Wprost” 2002, nr 10, s. 30.
[13] Klimkowski M., Armia dla chętnych, w: “Wprost” 2000, nr 45, s. 80.
[14] Tamże.





