Wziąć ślub w Buenos Aires*

Joanna i Artur Morawiec od wielu lat podróżują wspólnie. Kiedy byli studentami podczas wyprawy w Pakistanie postanowili, że będą razem. Zaręczyli się w Turcji a ślub zaplanowali w Argentynie. Właśnie o podróży do Ameryki Południowej – do Brazylii, Paragwaju i Argentyny, o przygotowaniach do ślubu i samym ślubie w polskim konsulacie w Buenos Aires Państwo Morawcowie zgodzili się opowiedzieć Koneserowi.

- Tomasz Cukiernik: Jak wpadliście na pomysł, by wziąć ślub nie w Polsce, tak jak to robi większość Polaków, tylko za granicą?

- Artur Morawiec.: To wynika z naszej biografii. Jesteśmy parą od Pakistanu. Zaręczyny mieliśmy w Turcji. Naturalną konsekwencją było to, że powinnyśmy pobrać się w jakimś egzotycznym kraju. To, że wypadło na Buenos Aires to przypadek, ponieważ szukaliśmy jakiegoś miejsca na wakacje. Początkowo myśleliśmy o Zimbabwe. Kontaktowaliśmy się przez Internet z polską ambasadą w Harare. Potem myśleliśmy o Meksyku, ale wtedy akurat była tam powódź. W końcu znaleźliśmy tani lot do Ameryki Południowej i nawiązaliśmy kontakt z ambasadą w Buenos Aires.

- T.C.: Jakie są konieczne przygotowania by wziąć ślub w polskiej ambasadzie, na przykład w Argentynie?

- Joanna Morawiec: Jak to wynika z prawa cywilnego miesiąc wcześniej trzeba złożyć zapewnienie. Można to zrobić w Polsce lub w konsulacie za granicą, gdzie będzie się zawierało związek małżeński. Trzeba zgromadzić odpisy aktów urodzenia przyszłych małżonków i dowody tożsamości. Z tymi dokumentami pojechaliśmy do ambasady w Buenos Aires.

- T.C.: Wiem, że waszą podróż rozpoczęliście od Rio de Janeiro.

- J.M.: W tamtą stronę lecieliśmy do Rio a wracaliśmy z Buenos.

- T.C.: Czyli jak po kolei wyglądała wasza podróż z Brazylii do Argentyny?

- J.M.: Przylecieliśmy do Rio. Zwiedziliśmy miasto i jego okolice.

- A.M.: W Rio byliśmy na wzgórzu Corcowado ze słynnym posągiem Chrystura. Zwiedziliśmy stare miasto ze starymi kościołami, piękną operę. Widzieliśmy wzgórze Głowa Cukru, na które wyjeżdża kolejka linowa. Byliśmy także na słynnej plaży Copacabana. Atmosfera w Rio była bardzo karnawałowa.

- T.C.: Jaka to była pora roku?

- J.M.: Był koniec listopada. Zaczynało się lato. Dzieci od pierwszego grudnia miały wakacje. Temperatura wynosiła około 30 stopni.

- A.M.: Z Rio przejechaliśmy autobusem do miejscowości Foz de Iguasu. Znajduje się ona przy granicy między Brazylią, Paragwajem i Argentyną. Tam też podziwialiśmy słynne olbrzymie wodospady Iguasu.

- J.M.: Widownia wodospadów jest po stronie brazylijskiej a scena po stronie argentyńskiej.

- T.C.: Stamtąd pojechaliście do Pargwaju?

- J.M.: Najpierw pojechaliśmy do Asuncion, stolicy państwa. Potem na północ do Gran Chaco, gdzie można podziwiać dziką przyrodę, dzikie zwierzęta, można Wodospady Iguasupoobserwować życie Indian, jak również sekty menonitów wywodzącej się z Niemiec.

- T.C.: Co widzieliście w Asuncion?

- A.M.: Asuncion wygląda jak kolonialne miasteczko. Można zobaczyć starą katedrę i Pałac Sprawiedliwości. Ciekawa jest atmosfera tego miasta. Widać, że jest to prowincjonalne miasto, daleko od jakiejkolwiek cywilizacji, w środku głuszy, w południe robi się całkowicie cicho, nikogo nie ma na ulicach. Warto zobaczyć Panteon Bohaterów, gdzie pochowano bohaterów różnych wojen toczonych przez Paragwaj. Na warcie stoją żołnierze ubrani w czerwone mundury. Był okres, że przez kilka lat mały Paragwaj równocześnie toczył wojny z olbrzymią Brazylią, Argentyną i Urugwajem! Paragwaj stracił wówczas 1/3 swojego terytorium. Mówiono, że w Paragwaju pozostały tylko kobiety i osły.

- J.M.: Śmieją się kto jest potomkiem tych osłów.

- T.C.: Paragwaj jest znany również z tego, że znajdowała się tam misja jezuicka.

- J.M.: Misja jest w Trynidad. Są to bardzo ciekawe i dobrze zachowane ruiny.

- A.M.: Ruiny wyglądają bardzo ładnie. Wokół jest zielono.

- T.C.: Potem pojechaliście do Argentyny?

- A.M.: Na południu Paragwaju byliśmy jeszcze w bardzo ciekawym Parku Narodowym z pięknymi wodospadami.

- J.M.: Można było tam samemu chodzić po dżungli wytyczonymi szlakami. Trochę było to niebezpieczne, ponieważ można było łatwo się zgubić.

- A.M.: Podczas całego pobytu w Paragwaju nie spotkaliśmy żadnych turystów. Jest tam bardzo słabo rozwinięta infrastruktura, ciężko gdzieś dojechać.

- J.M.: Mieliśmy trudności z porozumiewaniem się, ponieważ nie znamy hiszpańskiego, ale ludzie miejscowi byli bardzo mili. Z Paragwaju pojechaliśmy prosto do Buenos Aires, gdzie zatrzymaliśmy się w Polskim Ośrodku Młodzieżowym, który jest prowadzony przez małżeństwo polskiego pochodzenia.

- T.C.: Czym zajmuje się ten ośrodek?

- J.M.: Wynajmują basen, boisko piłkarskie Argentyńczykom. Oprócz tego wspierają kulturę polską. Działa tam szkoła polska. Odbywają się spotkania polskiej drużyny harcerskiej. Spotykają się starsi ludzie pochodzenia polskiego.

- T.C.: A w ogóle w Buenos Aires mieszka dużo Polonii?

- J.M.: Dużo. Są dwie duże organizacje polonijne.

- T.C.: Na jakim poziomie żyją tam Polacy?

- J.M.: Różnie. Niektórzy są lekarzami, prawnikami i dobrze im się powodzi. Należą oni głównie do emigracji, która wyjechała z Polski zaraz po II wojnie światowej. Druga emigracja przybyła do Argentyny w latach osiemdziesiątych “za chlebem”. Część z nich zakładała firmy i też dobrze żyją a inni gorzej. Najgorzej poszło tej emigracji z lat dziewięćdziesiątych. Niektórzy z nich zostali nawet kloszardami.

- T.C.: A jak się żyje Argentyńczykom?

- J.M.: Całkiem nieźle.

- T.C.: Jakie przygotowania do ślubu poczyniliście będąc już w ambasadzie?

- J.M.: Skontaktowaliśmy się z ambasadą. Umówiliśmy się na wizytę. Przedstawiliśmy dokumenty.

- T.C.: Wtedy ustaliliście datę ślubu czy już była znana wcześniej?

- J.M.: Ustaliliśmy na miejscu. Wcześniej uzgodniliśmy tylko kiedy mniej więcej będziemy w Buenos Aires. Byliśmy zaskoczeni tym co ambasada przygotowała. Przyjęli nas bardzo miło. Najpierw wprowadzili nas do pięknego ogrodu. Sala, która znajdowała się w pałacyku kolonialnym, była ładnie wystrojona. Przygotowali też odpowiednią muzykę – Ave Maria. Poprosiliśmy gospodarzy polskiego ośrodka młodzieżowego, by byli naszymi świadkami. Byli bardzo gościnni, robili dla nas obiady, wszędzie nas wozili, pokazywali ciekawe miejsca. Spędziliśmy z nimi kilka godzin na opowieściach.

- T.C.: Jak przebiegła sama uroczystość?

- J.M.: Ślubu udzielał nam konsul, który najpierw przeczytał pół Kodeksu Cywilnego i ustawę o aktach stanu cywilnego. Kończąc pozwiedzał, że chciałby, żeby to był ostatni ślub dla niego i dla nas. Bardzo przeżywał udzielenie nam ślubu i przygotowania do niego. Cała ambasada żyła naszym ślubem. Mieliśmy wrażenie, że konsul był bardziej zdenerwowany od nas. Na nasz ślub przyszło mnóstwo ludzi z ambasady i polonia argentyńska. Po ślubie był krótki bankiet z szampanem oraz białym i czerwonym winem.

- T.C.: Nie było jakiegoś większego przyjęcia?

- J.M.: Dzień przed ślubem robiliśmy małe wesele w polskim ośrodku. Jedliśmy asado – specjalnie pieczone na ognisku ciele i olbrzymi tort z polewą tofi.

- T.C.: A co możecie powiedzieć o argentyńskim tangu?

- J.M.: W czasie wakacji w Buenos Aires na ulicach tango tańczy się cały czas, nawet w nocy. Za małą opłatą można na ulicy nawet pobierać lekcje tanga.

- T.C.: Buenos Aires jest ładnym miastem?

- J.M.: Ma jakąś taką duszę, atmosferę jak Kraków. Jest tam prawdopodobnie najszersza ulica na świecie, która ma po 5 pasów ruchu w każdą stronę. Niedaleko znajduje się obelisk, gdzie lubią przychodzić ludzie, również Polacy. Piękna jest opera, Pałac Prezydenta, Gmach Parlamentu, stara Katedra, gdzie znajduje się grobowiec jednego z wyzwolicieli Ameryki Południowej – generała San Martina. Ciekawy jest cmentarz La Recoleta, gdzie pochowana jest Evita Peron i gdzie jedno miejsce na grobowiec kosztuje podobno milion dolarów. Każdy grobowiec to cudowne dzieło architektury i rzeźby.

- T.C.: Jakie ceny są w Argentynie?

- J.M.: Jest tam bardzo drogo. Nawet Amerykanie, których spotykaliśmy, mówili, że jest tu dla nich dość drogo. Mała kawa na dwa łyki w najtańszych restauracjach kosztuje 5 zł! W super marketach ceny są jednak zbliżone do polskich.

- A.M.: Natomiast w Brazylii jest trochę taniej niż w Polsce.

- T.C.: Po wzięciu ślubu zaraz wróciliście do Polski?

- J.M.: Nie, jeszcze trzy dni zostaliśmy w stolicy Argentyny.

- T.C.: Czy przywieźliście sobie jakieś pamiątki z Ameryki Południowej?

- J.M.: Z Paragwaju mamy łuk z dwoma strzałami. Mieliśmy z nim potem trochę problemów na granicy. Z Brazylii przywieźliśmy sobie okulary słoneczne, które kupiliśmy na plaży Copacabana. W Argentynie natomiast kupiliśmy poncho i czapkę taką, jaką noszą gauczowie czyli poganiacze bydła.

- T.C.: Dziękuję za wywiad**.

* Artykuł ten ukazał się w Internetowym Magazynie Kulturalnym KONESER.PL w 2001 r.

** Ciąg dalszy na stronie Morartur.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24