Wyborcze kombinacje*

Ciężko jest przełamać tyranię status quo. Może się to okazać wręcz niemożliwe. Mój znajomy napisał mi: „polityka to rzeczywiście wielkie g…. i babranie się w nim jest wstrętne, choć rzeczywiście tak dobrze byłoby mieć dobry wpływ na jej czyszczenie”.

Właśnie z tego ostatniego powodu w ostatnich wyborach samorządowych postanowiłem wystartować z listy Platformy Obywatelskiej na stanowisko radnego do Rady Miejskiej w 35-tysięcznej Czeladzi, leżącej w Zagłębiu Dąbrowskim. Utworzyłem w mieście nowe Koło PO Sympatyków Rogera Douglasa, którego zostałem przewodniczącym i przygotowałem wolnorynkowy program (większość kandydatów nie miała żadnego programu): obniżka podatków lokalnych, prywatyzacja zakładów komunalnych, uwłaszczenie mieszkańców lokali komunalnych, likwidacja dotacji do organizacji pozarządowych, sprzedaż posiadanych przez gminę udziałów w spółkach prawa handlowego, ułatwienia w prowadzeniu działalności gospodarczej, zmniejszenie gminnej biurokracji i likwidacja niepotrzebnej straży miejskiej oraz usunięcie komunistycznych pomników (tak, to nie pomyłka, w Czeladzi nadal stoją pomniki na cześć Armii Czerwonej i przedwojennych komunistów). Realizacja tego programu zdecydowanie polepszyłaby życie przeciętnego mieszkańca Czeladzi, jednak byłoby to związane z naruszeniem interesów różnych osób w mieście. Strażnikom miejskim nie mógłby się spodobać punkt dotyczący likwidacji tej formacji. Urzędnicy gminni sprzeciwiliby się zmniejszeniu biurokracji. Organizacje pozarządowe (kluby sportowe, organizacje kultury itp.) wszczęłyby alarm dotyczący zakończenia ich finansowania z pieniędzy podatników. Jednej z tych grup interesu nadepnąłem na odcisk, ponieważ szybko otrzymałem smsem niecenzuralne, anonimowe pogróżki, które ze względu na swoją wulgarność nie nadają się do tego, aby je w tym miejscu zacytować.

Jednak o wiele bardziej zaskoczyło mnie coś innego. Mianowicie otrzymałem e-maila od osoby wykształconej, prawniczki z 27-letnim stażem, która, o zgrozo!, stwierdziła, że nie widzi korelacji pomiędzy obniżeniem podatków a zmniejszeniem bezrobocia („nie sądzę, aby radykalne zmniejszenie podatków (zwłaszcza od nieruchomości) wpłynęło na poziom bezrobocia – nie w tym tkwi przecież przyczyna takiego stanu rzeczy”) i nie mieści jej się w głowie, że można by sprywatyzować zakłady komunalne („nie jestem w stanie sobie wyobrazić prywatyzacji ZIK-u [Zakładu Inżynierii Komunalnej] czy ZBK [Zakładu Budynków Komunalnych] bądź MOSIR-u [Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji] przy jednoczesnym braku udziałów gminy w powstałych w ten sposób spółkach, co zakłada punkt 6 Pana programu”) czy uwłaszczyć mieszkańców lokali komunalnych („również koncepcja uwłaszczenia mieszkańców mieszkań komunalnych, zwłaszcza po cenie kosztów tych przekształceń, wzbudziła moje szczere zdumienie”). Jeśli wykształceni ludzie nie mają zielonego pojęcia o podstawowych prawach ekonomii, to nie ma co się dziwić prostemu L*dowi, który nie ma nawet wyższego wykształcenia, nie mówiąc o zdolnościach logicznego myślenia. Tym bardziej L*d nie wstawi się za tobą, nawet jeśli walczysz o jego interesy: aby płacił mniejsze podatki, aby nie musiał płacić haraczu w postaci wysokiego czynszu, aby miał tańszą i lepszej jakości wodę. Chociaż żeby być sprawiedliwym, to muszę również wspomnieć, że otrzymałem również kilka e-maili z wyrazami szczerego poparcia i życzeniami powodzenia w wyborach.

Niestety nie udało mi się uzyskać mandatu radnego. Do mojej klęski wyborczej po części przyczyniła się państwowa poczta, która nie wszędzie rozniosła moje ulotki wyborcze (mimo że zarezerwowała sobie na to aż 7 dni), choć była zobowiązana na podstawie umowy dostarczyć je do wszystkich, prawie 5000 mieszkań w moim okręgu wyborczym, za co wzięła odpowiednie wynagrodzenie, płatne z góry (pocztowi decydenci są chyba świadomi, że z dołu nikt by im nie zapłacił za tak nieudolnie i niedbale wykonaną, a właściwie niewykonaną, pracę). Urzędnicy pocztowi byli na tyle bezczelni i z tupetem, że ulotki nie dotarły nawet do mojego bloku! Podobne problemy z niesolidnością i nierzetelnością państwowej poczty miał mój znajomy w poprzednich wyborach samorządowych w jednym ze śląskich miast. Oczywiście poczta nie przyznaje się do swojego błędu, do tego, że niestarannie wywiązała się z podpisanej umowy i stwierdza, że wszystkie ulotki zostały rozniesione. Czy było to celowe działanie pracowników z tego urzędu, a może skutek nacisków przeciwników politycznych, bo sam komitet wyborczy PO blokował informacje na mój temat? Co gorsza, w związku z przedwyborczym porozumieniem miejskich władz PO z lokalnymi organizacjami, którego przedmiotem było wystawienie wspólnej listy z tymi stowarzyszeniami do rady miejskiej, z listy PO dostało się kilku kandydatów (dotychczasowych radnych) o poglądach lewicowych.

Sukces natomiast odniósł Marcin Musiał, wiceprzewodniczący mojego koła, który z dziewiątego miejsca na liście, dzięki kampanii wyborczej w amerykańskim stylu (odwiedził ze swoimi ulotkami kilka tysięcy mieszkań), dostał się do rady miejskiej jako jedyny członek PO z mojego okręgu, a jednocześnie o poglądach nielewicowych. Wywołało to niemałe poruszenie w kręgach lokalnej starej-nowej władzy, która obawia się przełamania status quo i za wszelką cenę chce utrzymać istniejący stan faktyczny.

Rzekomo centroprawicowa Platforma Obywatelska na swoich listach wyborczych ma długoletnich działaczy PZPR, SLD, UP. Dlatego nie ma się co dziwić, że Marek Mrozowski, burmistrz w latach 2002-06, który startuje z listy Platformy Obywatelskiej na to stanowisko (wcześniej w PZPR i UP), na spotkaniach wyborczych chełpi się tym, że w ciągu czterech lat jego rządów udało się o 80 proc. zwiększyć zarówno wydatki, jak i dochody gminy. Podatki lokalne były utrzymywane na poziomie minimalnie niższym niż maksymalnie dozwolone stawki. Pan burmistrz opowiada również, że w kolejnej kadencji chce utworzyć nową spółkę gminną, która zajmie się zagospodarowaniem terenów pokopalnianych (przecież ręczne sterowanie jest OK.). Choć z drugiej strony uczciwie należy przyznać, że w ostatnim czasie widać, że władze miasta inwestują także w infrastrukturę gminną, korzystając przy tym z unijnych dotacji, o czym świadczy kilka propagandowych tablic, z flagą z dwunastoma żółtymi gwiazdkami na niebieskim tle. Z kolei inna działaczka Platformy w Czeladzi opowiada się za jak największym zwiększeniem wydatków gminy na cele socjalne i kulturalne. Czy to są kandydaci centroprawicowi, czy raczej skrajnie lewicowi? Panie Donaldzie, niech pan spojrzy, co się dzieje na prowincji.

Powstaje pytanie: czy w takiej sytuacji jest sens, aby dalej działać na rzecz L*du, który jest niewdzięczny, narażając się równocześnie na gniew różnych grup interesu? Czy lepiej dać sobie spokój i włączyć się do uprawiania polityki status quo? Z jednej strony trzymać stronę grup interesu (i zyskać ich wsparcie, może nawet finansowe), wysuwać postulaty i program zwiększający wydatki gminy (obiecywać dofinansowywanie, czego tylko się da), a z drugiej – dalej oskubywać L*d wysokimi podatkami, wszelkimi możliwymi opłatami i innymi haraczami, tak jak jest okradany do tej pory. To jest pójście na łatwiznę i zdecydowana większość polityków tak robi, dlatego w tym kraju jest tak źle. Jest jeszcze trzecie wyjście: wycofanie się z polityki, bo „polityka to wielkie g….”.

* Artykuł ten został opublikowany w nr 47 tygodnika „Najwyższy CZAS!” z 2006 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24