Terroryzm drogowy*

Mało kto podważa niezbędność istnienia znaków drogowych ograniczających maksymalną prędkość samochodów. Argumentuje się to tym, że mniejsza prędkość jest bezpieczniejsza dla korzystających z dróg i dlatego należy kierowcom nakazywać z jaką maksymalną prędkością mogą się poruszać na danej drodze. Czy rzeczywiście znaki ograniczające prędkość zmniejszają liczbę wypadków i kolizji drogowych? A może znaki te są ustawiane w całkowicie innym celu?

Państwo opiekuńcze jak z samej nazwy wynika opiekuje się również kierowcami i ich pasażerami: nakazuje, zakazuje, ogranicza, zabrania i karze za nieprzestrzeganie tych reguł. Przecież urzędnicy drogowi wiedzą dużo lepiej od kierowców z jaką maksymalną prędkością mogą się oni poruszać po danym odcinku drogi. Użytkownicy dróg to głupie, bezmyślne barany (nie ubliżając tym sympatycznym zwierzakom) i gdyby nie znaki ograniczające maksymalną prędkość byłoby wielokrotnie więcej wypadków, bo przecież żaden kierowca nie zawraca sobie głowy takimi nieistotnymi dla niego sprawami jak warunki pogodowe, stan nawierzchni jezdni, natężenie ruchu, możliwości swojego samochodu tylko gazuje tyle ile dała fabryka…

Prawda jest taka, że większość kierowców w ogóle nie przejmuje się znakami drogowymi ograniczającymi prędkość i nagminnie je lekceważy. Jednak nie dlatego, że lubi rajdową, ryzykowną jazdę, lecz z tego powodu, że znaki są nieracjonalne. Stąd wynika prosty wniosek, że kompletnie nie spełniają one swojej roli, ponieważ gdyby znaków nie było większość kierowców i tak poruszałoby się z taką samą prędkością. Często natomiast zdarzają się sytuacje odwrotne. Na przykład w trudnych warunkach pogodowych, kiedy jezdnia jest oblodzona i bardzo śliska wszyscy kierowcy jadą z dużo mniejszą prędkością niż pozwala na to znak drogowy, który został ustawiony latem. Kiedy pada śnieg i jest gęsta mgła nikt o zdrowych zmysłach nie pojedzie 70 km/h tak jak pozwala znak, a będzie się poruszał 40-50 km/h, tak aby jazda nie zakończyła się w rowie czy zderzeniem z samochodem jadącym z naprzeciwka.

Tymczasem prawdziwą przyczyną stawiania znaków ograniczających prędkość jest możliwość nakładania mandatów przez policję, a ostatnio także przez straże miejskie (przenośne fotoradary są kupowane przez prywatnych przedsiębiorców, a wdzięczne władze miasta dzielą się z nimi połową zysków). W ten sposób można łatwo podreperować deficytowe budżety władz publicznych. A przy okazji niektórzy policjanci dorabiają sobie łapówkami do skromnej państwowej pensji (przecież muszą za coś utrzymać rodzinę). Często zdarza się tak, że jest prosta, równa droga (gdzie można by jechać 70-80 km/h nie narażając nikogo na żadne niebezpieczeństwo) i znak ograniczający prędkość do 40 km/h. A za znakiem oczywiście czatują policjanci (wóz policyjny jest niewidoczny, bo schowany za krzakami lub w bocznej uliczce). Czy ktoś widział policjantów z radarem w miejscu, gdzie nie ma specjalnego ograniczenia? Czy ktoś widział policjantów z radarem, których byłoby widać z daleka? Czy ktoś widział policjantów w miejscach, gdzie ograniczenie prędkości jest sensowne i kierowcy nie łamią przepisów? Nie, tam ich się nie spotka, bo tam nie wymusiliby żadnego mandatu (czytaj: haraczu). Policja najczęściej czai się na odcinkach dróg, gdzie ograniczenie prędkości jest całkowicie nieracjonalne i kierowcy nagminnie je przekraczają.

Czy w ten sposób zachowują się stróże prawa, których podstawowym zadaniem nie powinno być karanie mandatami a zapobieganie wykroczeniom i przestępstwom? Na naprawdę niebezpiecznych odcinkach dróg policjanci powinni być dobrze widoczni, aby kierowcy jadący z nadmierną prędkością na sam ich widok od razu zdejmowali nogę z gazu, a kryjąc się powodują, że samochód przejeżdża koło nich z taką samą szybkością, co na pewno nie poprawia bezpieczeństwa. Ale dzięki temu będzie mandacik. Kiedy w ostatniej chwili policjant wyskakuje zza krzaków, kierowca gwałtownie naciska pedał hamulca. I taka sytuacja, stwarzana przez policję, jest bardzo niebezpieczna i może łatwo doprowadzić do wypadku. Z powyższych przykładów jednoznacznie wynika, że policjantom absolutnie nie zależy na bezpieczeństwu na drogach tylko na kasie. To negatywne zjawisko trzeba nazwać po imieniu: terroryzm drogowy.

Nie dość, że właściciele samochodów muszą wykupywać obowiązkowe ubezpieczenia, płacić różnorakie podatki, akcyzy i inne opłaty związane z posiadaniem i użytkowaniem swojego samochodu (co wielokrotnie było poruszane na łamach „Najwyższego CZASu!”) to dodatkowo są bezlitośnie dojeni za przekroczenia dozwolonej prędkości. Tymczasem brak autostrad i nikła ilość bezkolizyjnych skrzyżowań dróg w miastach powoduje, że aby gdzieś dotrzeć w sensownym czasie nie ma możliwości stosowania się do wszystkich znaków ograniczających prędkość.

Samo zaś ograniczenie prędkości maksymalnej jest jednocześnie kolejnym ograniczeniem wolności stosowanym przez państwo opiekuńcze wobec swoich coraz bardziej gnębionych niewolników. W ten sposób państwo za każdym zakrętem przypomina kierowcom „kto tu rządzi” i kogo trzeba bezwzględnie słuchać, ponieważ w przeciwnym wypadku jest się narażonym na surowe konsekwencje karne.

Celem istnienia znaków drogowych ograniczających prędkość maksymalną powinno być spowodowanie, by kierowcy jeździli bezpieczniej, co nie znaczy wolniej. Cały ten problem powinien być rozstrzygnięty w następujący sposób. Znaki drogowe oczywiście mają ostrzegać kierowców przed niebezpieczeństwem typu ostry zakręt, zwężenie drogi, śliska jezdnia, stromy zjazd, roboty drogowe czy dziury w jedni oraz tylko zalecać prędkość maksymalną, bez konsekwencji karnych. Przecież kierowcy to nie samobójcy. Kiedy zobaczą niebezpieczny odcinek drogi to na pewno zwolnią i dostosują swoją jazdę do panujących warunków drogowych niezależnie od tego czy będzie tam stał znak z dozwoloną prędkością maksymalną czy też nie. A jeśli kierowca jest nieodpowiedzialny to na niego tym bardziej nie działają znaki drogowe.

* Artykuł ten został opublikowany w nr 11 „Najwyższego CZASu!” z 2005 r. oraz został przedrukowany do tygodnia „Angora” – nr 14 z 2005 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24