RUCH WYBORCZY

Parlamentarna i prezydencka kampania wyborcza w pełni. W poniedziałkowym dodatku do „Gazety Wyborczej” pt. „Praca” jest ogłoszenie, że poszukiwane są osoby do pracy w komisjach wyborczych.

Dzwonię na podany numer telefonu komórkowego:

-         Proszę pojutrze przyjść na spotkanie informacyjne – mówi głos w słuchawce i podaje miejsce i termin.

Idę. Spotkanie w Katowicach, w pijalni soków owocowych. W małej salce wokół dużego stołu siedzi około trzydzieści osób. Na stole leżą ulotki wyborcze Ruchu Patriotycznego. Wchodzi pan S, wita się z czekającymi i mówi:

-         Szanowni państwo, żeby sprawa była jasna od razu informuję, że my tu nikogo nie będziemy agitować. Każdy może głosować, na kogo chce. Praca polega na zebraniu dwudziestu podpisów pod kandydatami naszej partii do parlamentu. W zamian za to GWARANTUJEMY każdej osobie miejsce w komisji wyborczej z ramienia naszego komitetu. I to we wszystkich wyborach: parlamentarnych oraz w pierwszej i drugiej turze prezydenckich. My państwa tylko zgłaszamy, a za pracę w komisjach wynagrodzenie w wysokości około 140 zł płaci odpowiednia gmina. Praca dotyczy tylko wyborczego okręgu sosnowieckiego. Proszę powiedzieć skąd państwo jesteście.

-         Mysłowice, Katowice – mówią ludzie.

-         Osoby z Mysłowic i Katowic, proszę przyjść za dwie godziny – informuje pan S i kilka osób opuszcza salę.

-         Sosnowiec, Jaworzno, Będzin, Wojkowice, Dąbrowa Górnicza – sypią się głosy z sali.

-         Czeladź – mówię.

-         O dobrze, że jest pan z Czeladzi i pani z Jaworzna. Może macie państwo znajomych z tych miast, którzy również byliby zainteresowani pracą w komisji? – pyta pan S – Mamy mało osób z Jaworzna i Czeladzi.

-         Zastanowię się – odpowiadam.

-         Szanowni państwo – prowadzący ponownie zwraca się do ogółu – tu są listy wyborcze, na których należy zbierać głosy poparcia.

Rozdaje je siedzącym.

-         Proszę się zgłosić z uzupełnionymi podpisami listami w Sosnowcu we wtorek od godziny 16.00. Dziękuję i do widzenia.

Ludzie, pobrawszy listy wyborcze, wychodzą z sali.

Sosnowiec, wtorek, godzina 16.00. Kancelaria prawna adwokata M, gdzie należy przynieść listy wyborcze, znajduje się na pierwszym piętrze obskurnej kamienicy. Z odległości 100 metrów widzę tłum ludzi stojący w kolejce ciągnącej się z bramy kamienicy aż na ulicę. Ludzie kłębią się na klatce schodowej i w korytarzu przed kancelarią. W środku załatwienie jednej osoby trwa kilkanaście minut. Czekania na kilka dobrych godzin. Rezygnuję.

-         Może za jakiś czas kolejka oczekujących się zmniejszy? – zastanawiam się w myślach.

Ponieważ jestem głodny, postanawiam zjeść obiad w jednej z restauracji. Po dwóch godzinach ponownie idę do kancelarii. Ku mojemu zaskoczeniu kolejka oczekujących ludzi jest jeszcze dłuższa. To tylko wysokie bezrobocie powoduje, że ludzie pozwalają tak sobą pomiatać i traktować w tak skandaliczny sposób. A inni to arogancko wykorzystują, bo przecież więcej osób mogłoby odbierać listy i rejestrować kandydatów do komisji wyborczych. Wchodzę do góry, na piętro. Otwieram drzwi biura i pytam:

-         Czy długo jeszcze będziecie państwo zbierali te listy?

-         Niedługo kończymy. Już pan nie zdąży. Proszę przyjść w czwartek. To ostatni termin i na pewno będzie mało ludzi – mówi jedyna pani, która zbiera listy z podpisami.

Wracam do domu. Następnego dnia wieczorem dzwonię do pana S:

-         Byłem w kancelarii, ale o godzinie 18.00 była jeszcze taka kolejka, że pani zbierająca listy powiedziała, iż nie zdąży mnie przyjąć, bo zaraz kończą – mówię.

-         Nieprawda! Przyjmowaliśmy do późnego wieczora.

-         W takim razie zostałem wprowadzony w błąd! Proszę powiedzieć, dlaczego tak się traktuje ludzi, że muszą tyle godzin stać w kolejce, aby oddać wam listy wyborcze? – pytam z oburzeniem.

-         Niech pan przyjdzie w czwartek i wejdzie do kancelarii bez kolejki – proponuje pan S.

-         Tak zrobię. Do widzenia.

Czwartek. Godzina 16.00. Na ulicy i na klatce schodowej sosnowieckiej kamienicy tłum jeszcze większy niż we wtorek. Z trudem się przepycham i wchodzę do kancelarii bez kolejki. Pan S odbiera ode mnie listy z zebranymi dwudziestoma ośmioma podpisami. Zgromadzenie ich nie było proste, bo Ruch Patriotyczny nie jest znaną partią, a moi znajomi w większości mają skrystalizowane poglądy polityczne. Na podanym formularzu wypisuję zgłoszenie do pracy w komisji wyborczej.

-         Czy na pewno zostanę zgłoszony do pracy w komisji – pytam dla pewności.

-         Ma pan to zagwarantowane – potwierdza pan S.

Zadowolony wychodzę z kamienicy.

Mija kilkanaście dni. Dzwoni mój telefon komórkowy:

-         Słucham.

-         Ja dzwonię z kancelarii adwokata M – mówi głos w słuchawce. Właśnie przydzielamy osoby do konkretnych komisji wyborczych. Dzwonię, żeby się zapytać, czy pasuje panu komisja w Szkole Podstawowej nr 4?

-         Tak, jak najbardziej może być – odpowiadam.

-         Mam jeszcze taką prośbę.

-         Tak?

-         Czy zgodziłby się pan na roznoszenie ulotek i klejenie plakatów kandydata na senatora, pana mecenasa M?

-         Bardzo mi przykro, ale jestem sympatykiem innej partii politycznej – odmawiam.

-         Rozumiem. Czyli będzie pan roznosił ulotki tej partii?

-         Raczej nie znajdę czasu. Nikomu nie będę nosił ulotek – stawiam sprawę jasno.

-         OK. Nie ma problemu. Do widzenia.

Kilka dni później idę do urzędu miejskiego, aby sprawdzić, czy rzeczywiście będę pracował w komisji wyborczej z siedzibą w Szkole Podstawowej nr 4. Przeglądam wywieszoną listę. Niestety w tej komisji mnie nie ma. Przeszukuję wzrokiem pozostałe komisje. Nigdzie nie znajduję mojego nazwiska! Dzwonię do pana S:

-         Dzień dobry. Proszę mi wyjaśnić, dlaczego nie ma mnie w żadnej komisji wyborczej? – pytam spokojnie.

-         Bardzo przepraszam, ale nie mam teraz czasu na rozmowę. Proszę podać swoje nazwisko. Wszystko sprawdzę i oddzwonię do pana jeszcze dzisiaj wieczorem – odpowiada pan S.

Podaję swoje nazwisko i wyłączam aparat. Wieczorem czekam na telefon. Niestety pan S nie raczył zadzwonić. Dzwonię do niego następnego dnia:

-         Czekałem wczoraj na pański telefon, ale się nie doczekałem – mówię do słuchawki.

-         Wie pan, ja mam tyle spraw na głowie, że nie jestem w stanie wszystkiego spamiętać! – pada bezczelna odpowiedź.

-         To, po co mi pan w ogóle mówił, że zadzwoni wieczorem? – naciskam.

-         Ja i tak panu nic nie powiem, bo pana rejonem zajmuje się ktoś inny. Proszę skontaktować się z panem mecenasem M.

Krętacz S podaje mi numer telefonu komórkowego do adwokata M. Kolejnego dnia dzwonię. Niestety włącza się automatyczna sekretarka. Tak jest przez następne kilka dni. W końcu odbiera M. Najpierw jasno przedstawiam sytuację.

-         To nie wie pan – odpowiada M – że to nie jest tak, że dla wszystkich było miejsce w komisjach?

-         Jak to? Tak zapewniał pan S – dziwię się.

-         W takim razie nie mówił prawdy – mówi M. – Szkoda że nie zadzwonił pan wczoraj, bo chociaż wpisałbym pana do komisji wyborczej w wyborach prezydenckich. A teraz już jest za późno, bo listy są skompletowane i na te wybory.

-         W takim razie do widzenia – wkurzony odkładam słuchawkę.

Podliczam moje koszty:

-         wyjazd do Katowic

-         dwa wyjazdy do Sosnowca

-         wyjazdy do znajomych w celu zebrania podpisów

-         obiad w restauracji w Sosnowcu

-         pięć kilkuminutowych rozmów telefonicznych z telefonu komórkowego

-         kilka „rozmów” z automatyczną sekretarką.

Łącznie wychodzi mi więcej niż 140 zł! Nie licząc straconego czasu i nerwów. Mam tylko nadzieję, że zgodnie z prognozami wyborczymi Ruch Patriotyczny nie osiągnie pięcioprocentowego progu wyborczego i jego przedstawiciele nie zasiądą w parlamencie. „Potrzeba nam ludzi na wskroś uczciwych. Potrzeba nam ludzi sumienia” – czytam na ulotce wyborczej partii.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24