Prawica a lewica*

Teoretycznie prawica i lewica mają jednakowy cel: wzrost dobrobytu społeczeństwa. Jednak inny jest sposób jego realizacji przez każdy z tych nurtów polityczno-społecznych. Ponadto lewica mniej troszczy się o przyszłość, a bardziej naciska na wyrównanie poziomu obecnego życia ludzi i ważniejszy jest dla niej dzień dzisiejszy: by teraz nie było biedy, by wszyscy ludzie mieli co jeść, gdzie się uczyć i leczyć. Na pierwszy rzut oka jest to bardzo szlachetne, jednak gdy przyjrzymy się bliżej, skutki prowadzenia takiej polityki okazują się katastrofalne.

Co różni oba sposoby myślenia to sposób, w jaki społeczeństwo ma zwiększać swoje bogactwo. Prawica opowiada się za indywidualnym bogaceniem się jednostek i krytykuje państwowe systemy redystrybucji dóbr. Natomiast lewica interwencją państwa w każdą dziedzinę życia, planami, programami chce wspierać rozwój gospodarczy, który rzekomo bez państwowych centralnych planistów, publicznych agencji i instytucji oraz funduszy nigdy by się nie zrealizował, co prowadziłoby tylko do wzrostu nierówności społecznych. Lewica twierdzi, że tylko państwo może zapewnić wszystkim pełny dostęp do szkół, szpitali, emerytur, kultury i dlatego te dziedziny życia muszą być państwowe lub co najmniej przez państwo regulowane i dotowane. Należy też uregulować takie sfery życia jak na przykład wysokość płac, liczbę godzin pracy, wysokość czynszów, aby biedni nie płacili dużo za mieszkanie, a jeśli staną się bezrobotnymi, to trzeba ich ratować państwowym zasiłkiem lub robotami publicznymi. Aby sfinansować te wszystkie programy lewica serwuje wysokie podatki na wszystkie dziedziny życia, nie zawracając sobie głowy takimi głupstwami jak krzywa Laffera. Jeśli zabraknie dochodów podatkowych, to lewicowe rządy zaciągają miliardowe pożyczki i kredyty, wypuszczają obligacje, uchwalają deficyty budżetowe. Uzasadnienie takiemu działaniu dostarczył politykom guru lewicowych ekonomistów John Maynard Keynes (nie posiadający nawet wyższego wykształcenia ekonomicznego), który powiedział, że na dłuższą metę i tak wszyscy będziemy martwi (więcej na temat życia tego Brytyjczyka i krytyka jego poglądów znajduje się w książce „Jak zrujnować gospodarkę, czyli Keynes wiecznie żywy”, wydanej przez Fijorr Publishing w 2004 roku). Szkoda tylko, że ten „wybitny” Anglik nie pomyślał o przyszłych pokoleniach, które będą zmuszone spłacać zaciągnięte przez nas długi. Czy to jest moralne? Na dodatek trzeba pamiętać o tym, że cały problem z każdym państwowym systemem redystrybucji polega na tym, że aby komuś coś dać, komu innemu trzeba o wiele więcej zabrać, bo przecież jego urzędnicza obsługa również kosztuje, i to kosztuje wcale nie mało. Niczego nie ma za darmo, nic nie jest „bezpłatne”, co przed każdymi wyborami lewicowi kandydaci wmawiają niedouczonym i naiwnym wyborcom.

Prawica natomiast uważa, że rządowe programy i państwowe środki finansowe, oparte na wysokich podatkach, wręcz pogarszają sytuację najbiedniejszych. Ponadto zachęcają do oszustw, korupcji i wyłudzania pieniędzy, niszczą inicjatywę, są niemoralne i niesprawiedliwe, nie mówiąc o uprzednim wyciśnięciu ostatniego grosza właśnie od najbiedniejszych, ludzi w trudnej sytuacji materialnej, szczególnie poprzez podatki pośrednie, takie jak VAT, akcyzy, cła, nie wspominając o podatkach dochodowych czy lokalnych. Według prawicy najlepszym rozwiązaniem jest pozostawienie prywatnym osobom i przedsiębiorcom jak najwięcej wolności, aby sami mogli kształtować swoje bogactwo poprzez uczciwą i ciężką pracę. Nie należy obciążać ich zarówno zbyt wysokimi podatkami, ochraniać zbędnym protekcjonizmem (instrumentów jest całe mnóstwo: cła, kontyngenty, certyfikaty, depozyty i licencje importowe, opłaty wyrównawcze, bariery techniczne, które upodobała sobie szczególnie Unia Europejska), jak i ograniczać szkodliwym interwencjonizmem państwowym przejawiającym się z jednej strony różnorakimi regulacjami, kontrolami cen, zezwoleniami, koncesjami, limitami, opłatami, licencjami i zakazami eksportowymi, standardami i normami (zdrowotnymi, żywnościowymi, ekologicznymi, technicznymi, bezpieczeństwa, weterynaryjnymi, sanitarnymi czy jakościowymi), a z drugiej strony dotacjami i subwencjami państwowymi, preferencyjnymi kredytami i poręczeniami czy zwolnieniami i umorzeniami podatkowymi. Wystarczy po prostu biznesowi nie przeszkadzać, likwidując wszelkie bariery, a fiskalizm ograniczając do rozsądnego minimum. Największy prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan powiedział kiedyś, w jaki sposób myśli lewica: jeśli biznes dobrze działa, to należy nałożyć na niego wysokie podatki, jeśli nadal działa, to trzeba wprowadzić regulacje państwowe, a jak wreszcie nie daje już sobie rady, to należy wspomóc go dotacjami (gorąco polecam doskonałą książkę z wyborem najważniejszych, znakomitych przemówień tego wybitnego męża stanu pt. „Moja wizja Ameryki”).

Prawica tymczasem wie, że wolny rynek jest w stanie najlepiej uregulować każdą sytuację między każdym podmiotem biorącym udział w życiu gospodarczym i społecznym. Jednostka prywatna zawsze zdecydowanie najlepiej zrealizuje swoje pomysły i ulokuje swoje kapitały niż zrobi to za nią urzędnik państwowy czy samorządowy za pomocą publicznych pieniędzy pochodzących z podatków, który nie jest zainteresowany efektywnością i produktywnością, a wręcz przeciwnie – jego działaniu często towarzyszy niegospodarność oraz marnotrawstwo kapitałów i zasobów. Motorem działań osób prywatnych jest, zbawienna dla rozwoju dobrobytu, chęć zysku. Dzięki żądzy zysku producent wytwarza, importer importuje, eksporter eksportuje, handlowiec sprzedaje, a usługodawca dostarcza konsumentom coraz większy wybór coraz lepszej jakości produktów i usług po coraz niższych cenach. Dzięki temu bodźcowi przedsięwzięcia prywatne są najbardziej efektywne i wydajne, dlatego wzrost dobrobytu jest najszybszy. Wskutek wzrostu zamożności ciągle zawęża się odsetek społeczeństwa, który nie daje sobie rady w życiu i potrzebuje jakiejkolwiek pomocy ze strony państwa czy innych podmiotów.

Natomiast lewicowy interwencjonizm i protekcjonizm powoduje, że środki z podatków są marnowane poprzez przenoszenie ich z wydajnego sektora prywatnego do nieefektywnego sektora państwowego. Zasadniczo wpływa to na obniżenie tempa wzrostu bogactwa. Więcej pieniędzy przeznaczanych jest na bieżące potrzeby, a mniej na prorozwojowe inwestycje. Społeczeństwo od razu konsumuje wypracowany zysk, co skutkuje mniejszym wzrostem gospodarczym, a nawet jego regresem. Konsekwencją tego, coraz więcej ludzi nie daje sobie rady w życiu i potrzebuje pomocy. I to jest woda na młyn dla lewicy. Są potrzebujący – muszą być państwowe pieniądze na ich ratowanie – na zasiłki dla bezrobotnych, niepełnosprawnych i samotnych matek, na dodatki do czynszów, na prace interwencyjne, na śniadania dla dzieci w szkole, na bary mleczne itp. Państwowe instytucje pomocy biednym ciągle zwiększają zarówno swoje zatrudnienie, jak i sygnalizują podwyższone zapotrzebowanie na swoje fundusze, aby tym samym udowodnić konieczność własnego istnienia. Na skutek wzrostu podatków finansujących te lewicowe programy przedsiębiorcy mają jeszcze mniej pieniędzy na inwestycje, a wiele firm bankrutuje. Skutkiem tego rośnie bezrobocie. Jest jeszcze więcej potrzebujących. Koło lewicowej destrukcji kręci się coraz szybciej.

Na marginesie: kto nie popiera tej, jakże fatalnej w skutkach, polityki jest niewrażliwym społecznie człowiekiem, „obrzydliwym liberałem” i „chciwym kapitalistą”. „Autorytety moralne” z kręgu „Gazety Wyborczej” i intelektualiści żyjący przy państwowym korycie z dotacji na naukę, kulturę i sztukę, a czasem na ministerialnym lub innym rządowym stanowisku, popierają tę destrukcyjną politykę. Dlatego tak zdewaluowały się pojęcia intelektualisty i „autorytetu moralnego”. Teraz oznaczają one lewicowego propagandzistę, a nie wybitnego mędrca, który mógłby wskazywać kierunki rozwoju dla społeczeństwa. Ludzi naprawdę wielkich, takich jak Jan Paweł II, Zbigniew Herbert, Gustaw Herling-Grudziński czy Stefan Kisielewski nie można nazywać tymi mianami, bo byłaby to dla nich najzwyklejsza zniewaga.

Dodatkowo nakłada się na to szkodliwa działalność wszelkich grup nacisku czy lobby, takich jak związki zawodowe, niektóre partie polityczne pilnujące interesu ściśle określonej, wąskiej części społeczeństwa (na przykład Polskie Stronnictwo Ludowe, Samoobrona, Krajowa Partia Emerytów i Rencistów czy Mniejszość Niemiecka), przymusowe samorządy zawodowe, organizacje pracodawców, producentów, importerów, eksporterów, handlowców i innych biznesmenów. Państwo nie powinno uchwalać ustaw korzystnych tylko dla konkretnych grup społecznych, ponieważ w ten sposób tworzy się przywileje dla pewnej grupy ludzi kosztem reszty społeczeństwa, które w podatkach musi za te przywileje płacić. Podczas uchwalania każdej ustawy powinny być brane pod uwagę skutki, jakie ten akt prawny wywoła w stosunku do wszystkich podatników i wszystkich konsumentów, bo pamiętajmy, że wszyscy jesteśmy równocześnie i podatnikami, i konsumentami. Nikt natomiast nie jest naraz rolnikiem i pracownikiem fizycznym, i emerytem, i przedsiębiorcą, i dyrektorem, i prawnikiem, i lekarzem, i nauczycielem, i górnikiem, i rybakiem, i bezrobotnym…

Idealnym przykładem partii, która w swoich działaniach bierze pod uwagę właśnie całość społeczeństwa jest nowozelandzka Partia Konsumentów i Podatników. Partia ta promuje indywidualną wolność, prawo wyboru, odpowiedzialność, respektowanie rządów prawa, ochronę życia, wolności i własności każdego obywatela. Członkowie tej nowozelandzkiej partii opowiadają się za radykalnym ograniczeniem zadań aktualnego modelu państwa opiekuńczego i przekazaniem jednostkom większej kontroli nad ich własnym życiem, w celu samorealizacji i rozszerzenia możliwości uczestnictwa w niezależnym społeczeństwie. Wierzą również, że takie cechy jak ciężka praca, oszczędzanie, odwaga i przedsiębiorczość powinny być popierane i nagradzane.

* Artykuł ten został opublikowany w nr 21 „Najwyższego CZASu!” z 2005 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24