Państwowa Kompromitacja Wyborcza*

Dr Witold Sokała, politolog z Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach, podsumował, że skandal związany z wyborami samorządowymi pokazuje, iż „państwo nie potrafi sensownie zarządzać swoimi obowiązkami, a zajmuje się tym co zupełnie nieistotne. (…) a tam, gdzie państwo powinno być sprawne i to ono powinno brać odpowiedzialność okazuje się, że usiłuje [działać – TC] jakimś tanim kosztem, amatorską firemką”.

Źle przygotowane wybory

W wielu komisjach wyborczych wydawano wybrakowane karty do głosowania. Na przykład w niektórych komisjach w Warszawie, Bydgoszczy, Kaliszu, Wrocławiu czy Kołobrzegu w ogóle brakowało list PiS lub zamiast nich były wydrukowane podwójnie listy innych komitetów. Według Kazimierza Czaplickiego, szefa Krajowego Biura Wyborczego, namaszczonego jeszcze przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego, to „zwykłe niedbalstwo” terytorialnych komisji wyborczych.
Jak poinformowało Radio Gdańsk, prawie 1/4 osób, które wzięły udział w wyborach samorządowych w powiecie malborskim, a także w Nowym Dworze Gdańskim, wybierając swoich kandydatów do sejmiku, wrzuciła do urny niewłaściwie wypełnione karty. Jak przyznała Wiesława Kiełpińska z wojewódzkiej komisji wyborczej, „większość osób popełniła błąd, głosując na więcej niż jednego kandydata do sejmiku. W błąd wyborców mogły wprowadzić reklamy, w których zachęcano do stawiania jednego znaku na każdej karcie. Tymczasem zestaw do głosowania do sejmiku, (…) miał wiele kart. To mogło być mylące”. W wyborach do sejmiku opolskiego głosów nieważnych było 18,2 procent. Także znacznie więcej głosów nieważnych niż w poprzednich wyborach zarejestrowano w Sosnowcu i Dąbrowie Górniczej – prawie 7 procent w porównaniu z około 3 procentami przed czterema latami. A skąd tak wysokie poparcie właśnie dla PSL? Otóż ta partia otrzymała nr 1 w „książeczce wyborczej”, a tym samym trafiła na pierwszą stronę. Wiele osób postawiło krzyżyk po prostu na pierwszej stronie. „Te wybory wreszcie pokazują, że demokracja to rządy motłochu. Danie ludowi do głosowania tej książki z tak dużą liczbą list kandydatów było swoistym testem na inteligencję. Wyszło, że w Polsce jest ok. 25% debili” – napisała na Facebooku Barbara Bluszcz, członkini komisji wyborczej.
Także frekwencja na poziomie niecałych 50 procent okazała się być za dużym wyzwaniem dla polskiej demokracji. W niektórych lokalach wyborczych pojawiły się kłopoty z przepełnionymi urnami. W Gorzowie Wielkopolskim i Włocławku za urny wyborcze służyły przypadkowe kartony. W Raszynie pod Warszawą, a także w Chorzowie jako dodatkową urnę wykorzystano… śmietnik.

Informatyczny system wyborczy

Przed wyborami przedstawiciele PKW zapewniali, że system informatyczny służący do zliczania głosów jest dobrze przygotowany do wyborów. Potem z ujawnionych przez Przemysława Wiplera, posła KNP, protokołów z posiedzeń PKW okazało się, że podczas testów istniały poważne błędy w działaniu systemu, których nie tylko nie potrafiono naprawić, ale nawet nie umiano ich poprawnie zdefiniować! Specjalistyczny serwis zajmujący się technologiami informatycznymi niebezpiecznik.pl napisał, że podczas testów w październiku informatycy odkryli błędy, które wykazały, że nawet przy ruchu generowanym na potrzeby testu serwer „nie dawał rady”. Już w czasie liczenia głosów PKW ręczyła, że system informatyczny jest już w pełni sprawny, podczas gdy lokalne komisje zgłaszały kolejne awarie. Część komisji nie mogła przesłać wyników, bo kosztujący podatników 429 tysięcy złotych system się wieszał.
Urzędnikom Krajowego Biura Wyborczego zarzucono bałagan i brak kompetencji przy realizacji przetargów na informatyczny system wyborczy. Skomplikowany system został zamówiony na ostatnią chwilę (ogłoszenie przetargu było 25 lipca) i nawet nie było czasu na przetestowanie go. Jak podaje RMF FM, „do tego na szybko organizowanego przetargu przystąpiła tylko jedna firma [łódzka dwuosobowa firma Nabino – TC], bo tylko ona odważyła się budować cały system w czasie, którego inne potrzebowały na samo jego testowanie”. Przeprowadzony kilka dni przed wyborami audyt bezpieczeństwa niedziałającego systemu komputerowego PKW był fikcją. Już po wyborach Andrzej Halicki, minister administracji i cyfryzacji z PO, powiedział w rozmowie z TVP Info, że organizacja przetargu na system wyborczy została przeprowadzona na warunkach nie do spełnienia, wybierano oferty wyłącznie na podstawie kryterium ceny i zignorowano ostrzeżenia ABW.
Jeden z informatyków stwierdził, że w systemie PKW każdy błąd, jaki można popełnić w kodzie, został popełniony. System był dziurawy jak sito. Na dodatek na dzień przed wyborami kod źródłowy programu został upubliczniony w Internecie, co oznacza, że każdy, kto miał dostęp do komputera z programem „Kalkulator1”, mógł zalogować się do systemu, by w niezauważony sposób dokonywać zmian w protokołach wyborczych. System nie tylko nie działał, ale co gorsza, działał też źle. Jak dowiedziało się RMF FM, podczas zliczania głosów w wyborach na prezydenta Szczecina system PKW wskazał, że ich zwycięzcą został Krzysztof Woźniak… którego w ogóle nie było na karcie do głosowania!
W efekcie komisje wyborcze w całym kraju zdecydowały ostatecznie o ręcznym liczeniu głosów. To jedyne logiczne rozwiązanie, jeśli nie miałoby dojść do powtórzenia wyborów. Jednak problem polega na tym, że „w całym zamieszaniu pogubiono już pewnie protokoły i nie pilnowano kart do głosowania”. W Warszawie wypełnione karty wyborcze podobno walały się w stercie kartonowych pudeł i plastikowych workach, a urny nie były zaplombowane. Dariusz Lasocki, warszawski radny PiS, złożył w tej sprawie zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. – Nie może dochodzić do sytuacji, gdy dokumenty wyborcze leżą pod murem jak śmieci. Moim zdaniem doszło do złamania prawa, nie tylko wyborczego, ale też karnego – stwierdził Lasocki. W sześciu komisjach obwodowych w Elblągu uszkodzone były plomby na urnach, a jedna z nich nie miała jej wcale.

Fałszerstwa wyborcze

– Głosowałem z żoną na konkretną osobę do sejmiku mazowieckiego. Razem siedzieliśmy przy stoliku. Tymczasem z protokołu komisji wyborczej wynika, że „nasza kandydatka” uzyskała tylko jeden głos – powiedział w rozmowie z portalem PolskieRadio.pl Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego. Z kolei jego znajoma, która startowała w wyborach według protokołu otrzymała tylko jeden głos poparcia, podczas gdy głosował na nią mąż i dwoje dzieci. W Krakowie kandydat do rady miasta, na którego głosowało sześć sióstr ze zgromadzenia serafitek, nie otrzymał ani jednego głosu. W kilku obwodowych komisjach wyborczych w Elblągu głosujący otrzymali karty do głosowania z… zakreślonymi już kratkami przy nazwiskach kandydatów. Oskar Wądołowski z Białegostoku twierdzi, że oddał głos na Paulinę Mocarską z Ruchu Narodowego, który nie został podliczony i według komisji wyborczej kandydatka otrzymała zero głosów. W Tarnowie nie wszedł do rady miasta Marek Ciesielczyk, kandydat komitetu wyborczego Nowa Prawica – Oburzeni, gdyż ponad 600 głosów uznanych zostało za nieważne i w efekcie wygrał kandydat SLD, który miał 3 głosy więcej.
Według wstępnych, nieoficjalnych danych z 80 procent komisji wyborczych PSL osiągnęło rekordowe poparcie w województwie świętokrzyskim – 49,9 procent, gdy tymczasem według dokładnych sondażowych badań exit polls, realizowanych przez Regionalny Ośrodek Badania Opinii Publicznej „Dobra Opinia” oraz „Echo Dnia”, ludowcy powinni otrzymać 29,7-procentowe poparcie. Według badań sondażowych PiS uzyskało prawie 34 procent głosów, a według wyników tylko 23,8 procent. Najlepsze jest to, że kiedy podano te wyniki, Jan Mazur, zastępca przewodniczącego Wojewódzkiej Komisji Wyborczej w Kielcach, stwierdził… że nie przesłał jeszcze do PKW żadnego protokołu, gdyż sama komisja nie dysponowała wszystkimi wynikami! Podobno w Krakowie w przypadku niezgodności protokołu z liczenia ręcznego z tym, co pokazuje system kazano poprawiać wynik ręczny na ten z systemu!
W wywiadzie udzielonym TVP Kielce dr Sokała stwierdził, że problemem nie jest termin podania wyników wyborów, ale kwestia ich rzetelności i miarodajności. Tymczasem jego zdaniem „wszystkie wyniki znajdujące się w systemie internetowym Państwowej Komisji Wyborczej są niewiarygodne”. – Zostało już to zweryfikowane, że każdy średnio rozgarnięty student informatyki, a nawet średnio rozgarnięty licealista-pasjonat, jest w stanie wejść na tak zwany kalkulator wyborczy, czyli część systemu zainstalowana w komisjach w terenie, dokonać dowolnych zmian w protokołach, przesłać zmienione protokoły na główny serwer komisji wyborczej i ten serwer tego protokołu nie odrzuci – powiedział dr Sokała. Politolog opowiedział, że jego znajomi informatycy testowo dodali jednemu kandydatowi na radnego 10 głosów, a następnie odjęli 10 głosów, co system przyjął. A jeden z jego znajomych dopisał swojego szefa jako kandydata na burmistrza i wstawił go do drugiej tury wyborów.

Konsekwencje

Dwa dni po kompromitacji wyborczej Najwyższa Izba Kontroli rozpoczęła kontrolę w PKW, która obejmuje prawidłowość przeprowadzenia przetargów informatycznych. Jednak Krzysztof Kwiatkowski, prezes NIK, przypomniał, że po problemach z liczeniem głosów w wyborach samorządowych w 2002 roku, Izba przeprowadziła kontrolę i sformułowała zalecenia pokontrolne, z których nie wyciągnięto żadnych wniosków.
Europoseł Janusz Korwin-Mikke, prezes KNP, zaapelował, by w związku z problemami PKW przy liczeniu głosów wybory samorządowe zostały powtórzone. „W sytuacji, w której nie sposób rozstrzygnąć, które zjawiska są efektem błędów wyborców, a które wynikiem fałszerstw – powtórzenie wyborów jest jedynym rozsądnym rozwiązaniem” – uzasadnia KNP. Ustawowego skrócenia kadencji samorządów i rozpisania nowych wyborów zażądał poseł Jarosław Kaczyński, szef PiS, a także SLD. PiS miało zawiadomić prokuraturę o możliwości popełnienia przestępstwa przez członków PKW i zapowiedziało złożenie w Sejmie wniosku o komisję śledczą, która zbada cały proces przygotowania i organizacji wyborów. „Te wybory muszą być powtórzone. Przynajmniej na szczeblu sejmików i powiatów. Mamy ciężki kryzys państwa. Wyniki, które spływają z komisji są całkowicie niewiarygodne. Gigantyczna skala głosów nieważnych. Wygrywa PSL. Wielka mistyfikacja” – napisał na Twitterze poseł Jarosław Gowin. Cezary Grabarczyk, minister sprawiedliwości z PO, powiedział, że nie wyklucza możliwości powtórzenia wyborów. Przeciwko takiemu rozwiązaniu jest natomiast prezydent Bronisław Komorowski (który w 2012 roku wyraził zaniepokojenie opóźnieniem podania wyniku wyborów oraz nieprawidłowościami w trakcie liczenia głosów na Ukrainie) i premier Ewa Kopacz.
W Warszawie pod siedzibą PKW odbyła się 3-tysięczna manifestacja pod hasłem „Stop manipulacjom wyborczym”. Inicjatorem akcji był Ruch Narodowy, a w proteście brał udział również KNP, stowarzyszenie Solidarni 2010, Republikanie, Demokracja Bezpośrednia i KoLiber. Po manifestacji grupa protestujących weszła do sali konferencyjnej PKW, gdzie Ewa Stankiewicz, lider Solidarnych 2010, zażądała natychmiastowej dymisji wszystkich członków PKW i rozpisania nowych wyborów samorządowych. – Mamy do czynienia z kontrolowanym chaosem, który wynika z tego, że wybory zostały sfałszowane. Organy państwa nie działają, nie wyciągają konsekwencji. Rząd i media przyłączają się do zmowy milczenia – mówił reżyser Grzegorz Braun. Po kilku godzinach protestu policja zatrzymała 12 osób, w tym Stankiewicz i Brauna, a także reportera Telewizji Republika, który relacjonował wydarzenie. PiS oficjalnie odcięło się od działań protestujących. Podobne demonstracje odbyły się w Krakowie (w kilkutysięcznej manifestacji skandowano: „Sfałszowali! Sfałszowali! To nie jest Rzeczpospolita, to jest Sowiecka Republika Polska, to co dzisiaj się dzieje z wyborami. Leśnym dziadom dziękujemy”), Lublinie, Wrocławiu, Łodzi, Olsztynie, Katowicach i w Gdańsku.
– Jeśli Sąd Najwyższy uzna ważność tej hucpy przy „liczeniu” głosów, opozycja od prawa do lewa powinna wyprowadzić Polaków na ulice – uważa poseł Wipler. „Według mnie, już nie dowiemy się kto naprawdę wygrał te wybory. Skala upadku państwa jest porażająca: od tego jak działają media „publiczne” przez to co dzieje się w komisjach, po żenadę PKW, jakość ich oprogramowania i „włamy na serwery” – napisał Wipler na Facebooku, dodając: „powinniśmy masowo zaprotestować: jak ten skandal zostanie zalegalizowany przy naszej bierności, to możemy się pakować i wyjeżdżać. Polska będzie krajem bezkarnych złodziei i oszustów, a od tego jak głosujemy faktycznie będzie ważniejsze to kto i jak liczy głosy. Ja nie odpuszczę (…). Bez ostrych protestów się nie obędzie i liczę, że wielu z Was ma dość tej kompromitacji i robienia z nas idiotów, których można bezkarnie golić na kasę i okłamywać i wmawiać nam, że dajemy na to przyzwolenie”.

Rozwiązanie na przyszłość

Na pewno dobrym rozwiązaniem nie jest przekazanie PKW większych pieniędzy na następne wybory, co zaproponował Radosław Sikorski, marszałek Sejmu z PO. Państwowa instytucja zmarnuje każde pieniądze, a efekt dla społeczeństwa nie będzie lepszy. Partia Libertariańska w budowę systemu informatycznego do kolejnych wyborów zaproponowała zaangażowanie niezależnych programistów, którzy przygotowaliby bezpłatną aplikację otwartoźródłową, co stosują takie korporacje, jak Microsoft. „Przede wszystkim możliwość wglądu każdej zainteresowanej osoby do programu na wszystkich etapach jego tworzenia, zapewniłaby nieporównywalnie większe bezpieczeństwo systemu. Taka otwarta forma pisania programu umożliwia szybkie wykrycie luk, szerokie przetestowanie systemu, a co za tym idzie możliwość usunięcia zagrożeń” – argumentują libertarianie.
A może wziąć przykład z Anglii? Tam nie ma centralnej komisji wyborczej, a zamknięte na kłódki urny, pod nadzorem policji, przywozi się do urzędu miasta, gdzie są otwierane i liczone głosy. Członkowie komisji wyborczych nie otrzymują diet, a głosy pod nadzorem sędziego i w obecności zainteresowanych liczą wolontariusze. Ale w Anglii obowiązują jednomandatowe okręgi wyborcze. Przemysław Wipler zaproponował, by we wszystkich komisjach wyborczych byli obecni mężowie zaufania. Inni politycy i publicyści uważają, że w kolejnych wyborach konieczny będzie udział międzynarodowych obserwatorów, jak w państwach upadłych.
Początkowo PKW chciała zrzucić z siebie odpowiedzialność na rząd i Sejm. Jednak Kazimierz Czaplicki, a następnie Stefan Jaworski, szef PKW oraz reszta członków PKW (w tym Stanisław Kosmal, wiceprzewodniczący, który w latach 80. orzekał w sprawach opozycji solidarnościowej), złożyła dymisje, pozostawiając za sobą smród i bałagan. Mamy kolejny dowód na to, że państwo niczego nie potrafi zrobić porządnie. Tak dużej ilości różnego rodzaju błędów popełnionych jednocześnie w jednych wyborach w Polsce jeszcze chyba nie było. Można to wyjaśnić biurokratycznym bałaganem i urzędniczym nieudacznictwem, ale pojawiły się też głosy, że cała ta kompromitacja PKW to nie żadna kompromitacja, tylko celowe działanie służb specjalnych.
I jak ludzie potem mają w ogóle chodzić na głosowania? Przecież to co zaprezentowała PKW jest totalnym brakiem wiarygodności państwa, wyborów, polityków i całej demokracji. „Mamy do czynienia nie tylko z kryzysem państwa, ale wręcz z zagrożeniem. PKW sprowadziła na Polskę niebezpieczeństwo” – napisał na wPolityce.pl, politolog Stanisław Żaryn. Dlatego w kolejnych wyborach należy spodziewać się jeszcze mniejszej frekwencji. Okazuje się, że najbardziej zdroworozsądkowi byli ci co zostali w domach. Przynajmniej nikt z nich sobie nie zakpił.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 48 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2014 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24