Mitteleuropa czy Międzymorze?*

W geopolitycznej sytuacji Polski możliwe są dwa scenariusze na przyszłość. Zgodny z interesem Polski projekt Międzymorza lub niezgodny z polską racją stanu, a korzystny dla Niemiec projekt Mitteleuropa. Niestety od upadku komunizmu ten drugi plan jest realizowany przez mające decydujący głos w Unii Europejskiej władze w Berlinie, przy zgodzie kolejnych rządów naszego kraju.

Na początku należy zdefiniować, czym jest polityka zagraniczna? To ogół działań władz danego państwa wobec innych krajów, których celem powinno być zabezpieczenie własnych interesów aktualnych i przyszłych. Polska ma niezbyt dobre położenie geopolityczne – pomiędzy dwoma państwami o znacznie silniejszych potencjałach i zasobach. Biorąc to pod uwagę, celem polskiej polityki zagranicznej powinno być prowadzenie takiej polityki, aby z przynajmniej jednym z tych sąsiadów być w dobrych stosunkach, aby obaj jednocześnie nie próbowali zawłaszczyć naszej ziemi. Niestety mamy złe doświadczenia. Historia pokazała, że skutkiem agresywności sąsiadów doszło do czterech rozbiorów naszego kraju. Jak w takim razie tak zabezpieczyć się na przyszłość, aby nie doszło do piątego rozbioru?

Brakuje kadr

Niestety Polska ma jeszcze jeden problem. Aby umiejętnie prowadzić odpowiednią politykę zagraniczną, potrzebne są do tego zasoby ludzkie. Tymczasem polskie elity zostały wymordowane przez Niemców i Rosjan w okresie II wojny światowej, a tych, którzy przeżyli, dobito już po jej zakończeniu w kaźniach UB. Pozostali wyjechali z Polski czy to w czasie PRL-u czy już po 1989 roku. W efekcie brakuje osób, które mogłyby nie tylko realizować odpowiednią wizję polityki zagranicznej, ale nawet dokładnie ją opracować. Bo chyba nikt nie wierzy, że nadają się do tego pracująca w Ministerstwie Spraw Zagranicznych była agentura komunistycznych służb specjalnych, których mocodawcami była Moskwa i nadal nią pozostała albo ci co przewerbowali się na kierunek zachodni. Jeszcze w 2012 roku Grażyna Bernatowicz, wiceminister spraw zagranicznych, oficjalnie przyznała, że w MSZ pracuje 131 byłych tajnych współpracowników służb PRL (a jak wiadomo, PRL-owskie służby były odgałęzieniem służb sowieckich, całkowicie im podległe), a siedmiu z nich kieruje nawet polskimi placówkami dyplomatycznymi.
Kiedy widzimy działania podejmowane przez kolejnych prezydentów Polski i kolejne kierownictwa polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, łatwo wysnuć wniosek, że Polska nie ma długofalowego spójnego celu (obliczonego na co najmniej dziesięciolecia do przodu) w kwestii polityki zagranicznej, która miałaby na względzie przyszły interes Polski. Zamiast współdziałać z Polonią w różnych krajach w imię wspólnego dobra funkcjonariusze z polskich ambasad szpiegują mieszkających za granicą Polaków i wzniecają między nimi konflikty (w końcu emigranci uciekli spod władzy przełożonych pracowników misji dyplomatycznych). Mało tego, polskiej polityce zagranicznej (ale także innym politykom, jak na przykład gospodarczej) brakuje wizji, brakuje jakiegokolwiek planu. Szczególnie rząd Donalda Tuska prowadzenie polityki zagranicznej scedował na rzecz Brukseli, tak jakby chciał pozbyć się problemu. Cała polska polityka zagraniczna to dorywcze działania, będące wyłącznie reakcją na działania innych. Nie jest to dobre rozwiązanie, bo takie Niemcy czy Francja, będąc także w Unii Europejskiej (która ma własną służbę dyplomatyczną), absolutnie nie zaprzestali prowadzania własnej, korzystnej dla siebie polityki zagranicznej. Niemcy – jak w przeszłości, także teraz – dogadują się z Rosją nad naszymi głowami, czego przykładem jest choćby budowa Gazociągu Północnego przez Bałtyk, z którego gaz popłynie gazociągiem OPAL, co jeszcze bardziej wzmocni pozycję Gazpromu w dostawach gazu do Europy z pominięciem Polski, Białorusi i Ukrainy. 470-kilometrowy gazociąg biegnie na terenie Niemiec, równolegle do granicy z Polską. Jego północna część połączona jest z Gazociągiem Północnym, a na południu powiązany jest z siecią czeską, skąd gaz może być przesyłany do Austrii, na Słowację i do południowych Niemiec. W efekcie Gazociąg Północny zostanie podłączony do systemu gazowego Europy Zachodniej, z pominięciem polskich interesów.
Równocześnie niemieccy politycy (np. Barbara Hendricks, minister środowiska Niemiec) chcą zablokować w całej Unii Europejskiej szczelinowanie jako metodę wydobywania gazu łupkowego, co uderzyłoby w polskie zasoby tego surowca mogące uniezależnić nas od Rosji. Ale przecież Niemcy prowadzą politykę korzystną dla Moskwy i Gazpromu, a nie polskich konsumentów. Z kolei przy okazji konfliktu na Ukrainie Niemcy choć oficjalnie popierają nałożenie na Rosję sankcji przez Zachód, to w rzeczywistości prowadzą podwójną grę i po kryjomu nadal rozwijają z nią współpracę gospodarczą. Wyszło na jaw między innymi, że kanclerz Angela Merkel i inne niemieckie najwyższe władze, jak ministerstwo gospodarki przyzwalają na nowe miliardowe projekty gazowe z Rosją. „Frankfurter Allgemeine Zeitung” napisał, że „Niemcy wprawdzie oficjalnie popierają sankcje wobec Rosji i deklarują solidarność z krajami Europy Wschodniej, ale za kulisami prowadzą własną grę”. Oczywiście chodzi o interesy gospodarcze i Niemcy w tym zakresie dbają o siebie, a nie o bezpieczeństwo jakiejś Polski, Ukrainy czy krajów bałtyckich. Co najwyżej mogą je na spółkę z Rosją podzielić między siebie.
Francja z kolei zajęta jest prowadzeniem własnej polityki na rzecz tworzenia Unii Śródziemnomorskiej. Nawet znacznie mniejsze od Polski Węgry wbrew Unii Europejskiej próbują dogadywać się czy to z Rosją, czy to z Chinami. A Bruksela nie kiwnie palcem na naszą korzyść, jeśli to będzie dla niej niewygodne. Oznacza to, że tę część naszej suwerenności odpuściliśmy na rzecz obcych interesów. Jeśli dodać do tego, że jak pisze publicysta i PRL-owski działacz opozycyjny Marian Miszalski czy najlepszy współczesny polski publicysta Stanisław Michalkiewicz, polskie służby specjalne wysługują się obcym wywiadom: rosyjskiemu, niemieckiemu lub amerykańskiemu, to mamy obraz całkowitego rozkładu państwa i w takich warunkach skutecznej dyplomacji nie da się prowadzić.
II Rzeczpospolita była jaka była, ale jej czołowi politycy nie wysługiwali się obcym wywiadom i zależało im na losie kraju. Co powiedzieliby na to ci Polacy, którzy walczyli o wolną Polskę w powstaniu listopadowym, styczniowym, wielkopolskim, trzech powstaniach śląskich, warszawskim, ci co walczyli i ginęli w Armii Krajowej, Narodowych Siłach Zbrojnych czy jako Żołnierze Wyklęci? Ich ofiara krwi poszła całkowicie na marne, bo w Polsce nadal rządzą i oficjalnie, i zakulisowo nie ich potomkowie, ale potomkowie ich katów, dawni sługusi Moskwy, których nie obchodzi interes Polski, nie ma nawet znaczenia, czy ten kraj będzie w przyszłości istniał. Dla nich liczą się tylko natychmiastowe korzyści materialne.

Nie bronią polskiego interesu

Efekt takiego stanu jest fatalny dla aktualnej sytuacji geopolitycznej Polski i bezpieczeństwa naszego kraju. Tym bardziej, że nie jesteśmy potęgą militarną. Oznacza to, że wkrótce możemy stać się łakomym kąskiem dla agresywnych sąsiadów, dla których nie będzie miał znaczenia fakt, że jesteśmy członkiem Sojuszu Północnoatlantyckiego, a tym bardziej, że jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, która nie jest przecież związkiem obronnym. Przykładów na brak lojalności pomiędzy krajami unijnymi jest mnóstwo. Po zablokowaniu eksportu wieprzowiny z Polski do Rosji unijni urzędnicy poza polskimi plecami pozwalają na dwustronne porozumienia zachodnich krajów z Rosją i Austria może swobodnie wysyłać swoje świnie. Z kolei Parlament Europejski proponował zablokowanie wydobycia gazu łupkowego w całej Unii Europejskiej, co byłoby korzystne dla Francji czy Niemiec, a niekorzystne dla Polski. Nikogo w Brukseli nie interesuje też to, że Polski nie stać na rezygnację z węgla, co forsuje Unia, realizując swoje chore ambicje klimatyczne.
I polscy politycy godzą się na to. Nie protestują! Nie bronią polskiego interesu! Podobnie jak nie próbują zlikwidować nierównowagi w stosunkach z naszymi sąsiadami. W tym roku mniejszość niemiecka w Polsce otrzymała od polskiego podatnika ponad 121 mln zł na edukację dzieci mającą na celu „pielęgnację tożsamości narodowej”. Tymczasem mieszkający w Niemczech Polacy nie mają nawet statusu mniejszości narodowej, a polskie dzieci są tam germanizowane. Są przypadki, kiedy polskie dzieci odbierane są polskim rodzicom przez Jugendamty, niemieckie urzędy ds. młodzieży, by potem podczas widzenia z nimi zakazywać rozmowy w języku polskim. Innym polskim rodzicom całkowicie odbiera się możliwość kontaktu z dziećmi. – Polacy są prześladowani [w Niemczech – TC], tak jak byli prześladowani na przykład w Rzeszy hitlerowskiej, tylko za to, że są Polakami i przy absolutnej bierności państwa polskiego, które ma swoje interesy – mówił w 2012 roku ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski. Także mniejszość polska na Litwie ma ciągle jakieś problemy, stawiane przez oficjalne władze kraju (problemy z polską edukacją, ograniczanie języka polskiego, polskich nazw miejscowości i oryginalnej pisowni nazwisk), mimo że litewska mniejszość w Polsce korzysta z przywilejów (m.in. polska konstytucja uprzywilejowuje mniejszości narodowe wobec reszty obywateli, nie wspominając o różnorakich dotacjach). Podobna sytuacja jest na Białorusi i na Ukrainie, przy bierności polskich władz w tym zakresie.
Jedynie prezydent śp. Lech Kaczyński próbował prowadzić niezależną politykę zagraniczną Polski. Może nie zawsze robił to dobrze i właściwie, ale na pewno miał na uwadze polską rację stanu. Był skuteczny. – Wiele ważnych spraw na forach UE załatwialiśmy tak, że poprzez jedno mrugnięcie oka porozumiewaliśmy się, że jeden zacznie temat, a drugi go następnie pociągnie. Dopóki nie nastał Kaczyński, zdarzało się, że obchodziłem wokół te piękne okrągłe stoły, przykryte na niebiesko i prosiłem o wsparcie: ja otworzę temat, ale wy mnie wesprzyjcie. I co? Zwykle potakiwano i poklepywano mnie po plecach, zwłaszcza moi koledzy z Europy Środkowej, zaznaczając jednocześnie: no, nie… Ja tego nie mogę powiedzieć, sorry, bo wybory, bo coś tam… Czasami miałem wręcz wrażenie, że mówię w efekcie sam do siebie. Lech Kaczyński był pod tym względem absolutnym wyjątkiem. Nie bał się. W swojej książce zresztą o tym piszę. Jeden z piętnastu rozdziałów o najważniejszych sprawach Europy ostatnich dwóch dekad nosi tytuł: Lech Kaczyński. A dlaczego? Zafascynowała mnie jego polskość. On nigdy nie stawiał unijnych kwestii ponad interesy narodowe. A robi to większość polityków w Europie, taka jest prawda – wspominał w wywiadzie z „Kurierem Wnet” Wacław Klaus, były konserwatywny prezydent Czech. „Zrozumiałem, dlaczego Lech Kaczyński musiał zginąć” – napisał bloger MatkaKurka. „Chodziło o inteligencję Lecha Kaczyńskiego, który doskonale odczytywał radzieckie zamiary i osamotniony, na miarę swoich możliwości, próbował moskiewskie plany krzyżować. Po drugie poszło o brak perspektyw na poprawę, zarówno jeśli chodzi o zarzucenie inteligencji, jak i odstąpienie od stanowczych, odważnych działań Lecha Kaczyńskiego. Tak sobie myślę, że incydenty, które zirytowały Putina, nie były praprzyczyną nienawiści do Lecha Kaczyńskiego, dopiero ogólny wniosek, że nie ma szans na zmianę postawy wywołał bandycką reakcję. Lech Kaczyński musiał zginąć, ponieważ nie był idiotą, nie był tchórzem i jeśli nawet nie miał szansy na reelekcję, to razem z bratem byli w stanie skupić wokół siebie około 30 procent Polaków” – podkreślił bloger.
Niestety Lech Kaczyński trafnie przewidział też co najmniej część posunięć Rosji. Miejmy nadzieję, że jednak częściowo mylił się i pozostałe nie spełnią się: – I my też wiemy świetnie, że dziś Gruzja, jutro Ukraina, pojutrze państwa bałtyckie, a później może i czas na mój kraj, na Polskę! – proroczo mówił o rosyjskim imperializmie śp. Lech Kaczyński w czasie inwazji wojsk rosyjskich w Gruzji w 2008 roku. „Smoleńsk był potrzebny Putinowi właśnie na takie okoliczności, by nie było żadnego człowieka z jajami po naszej stronie, by wasale się nie wtrącali i mógł z Merkelową przygotowywać nowe rozdanie geopolityczno-gospodarcze. Ta para zbrodniarzy myśli na lata do przodu i podejmuje w odpowiednich momentach konkretne działania” – napisał na Facebooku podczas inwazji Rosji na Ukrainę Tomasz Parol, redaktor naczelny portalu Trzeci Obieg.

XIX-wieczny projekt Mitteleuropa

Aby można było prowadzić skuteczną politykę zagraniczną, konieczna jest przede wszystkim silna gospodarka (chociaż Rosja odgrywa zbyt dużą rolę na arenie międzynarodowej w stosunku do swojego potencjału gospodarczego, a wydaje się, że w dużej mierze wynika to z mylnych wyobrażeń bojaźliwego Zachodu o sile Rosji, która dużo inwestuje w swój pijar). Bez silnej gospodarki nikt nie będzie się liczył z dyplomatami. W tym zakresie Polska powinna brać przykład z dwóch małych krajów: Szwajcarii i Izraela. Otoczona ze wszystkich stron krajami będącymi członkami UE Szwajcaria ma silną gospodarkę, zdrowy pieniądz i dzięki temu liczy się na arenie międzynarodowej. Mimo olbrzymiego bogactwa żaden kraj nie planuje ukraść Szwajcarom ich dobrobytu. Z kolei Izrael jest tak dobrze zorganizowanym państwem (choć zasadnicze znaczenie ma amerykańskie finansowanie tego kraju), że mimo wielokrotnej przewagi liczebnej otaczających go krajów arabskich, wygrał wszystkie wojny prowadzone ze znacznie silniejszymi sąsiadami. W tym przypadku skala jest chyba jeszcze bardziej niekorzystna jak w przypadku Polski i jej sąsiadów. Oznacza to, że skuteczna obrona naszego kraju w przypadku inwazji militarnej jest potencjalnie możliwa, tak jak to było w przypadku Finlandii latach 1939-1940, kiedy ZSRR zdradziecko napadł na malutki kraj. Ale konieczne jest odpowiednie zorganizowanie gospodarki, a za uzyskane z niej pieniądze stosowne uzbrojenie i przeszkolenie wojska.
Aktualnie prowadzona polityka Unii Europejskiej na terenie Europy Środkowo-Wschodniej to realizacja interesów Niemiec, które są – jak mawia Stanisław Michalkiewicz – politycznym kierownikiem bloku. Polityka ta polega na utworzeniu słabej gospodarczo przestrzeni geopolitycznej, a jednocześnie wspierającej i uzupełniającej gospodarkę Niemiec. W momencie upadku komuny udział przemysłu w polskim produkcie krajowym brutto wynosił około 45 procent i do roku 2012 spadł do poziomu zaledwie 18 procent. Wyprzedano polskie banki i ważne polskie przedsiębiorstwa kapitałowi zachodniemu (w znacznej mierze niemieckiemu). Z kolei jak zauważa Andrzej Szczęśniak, ekspert rynku energetycznego, w 1990 roku tylko 3 procent polskiej wymiany handlowej było w rękach firm zagranicznych, a obecnie jest to już połowa. – W ostatnich latach (2005-2012) ponad połowa (52 procent) eksportu i importu dokonane zostało przez przedsiębiorstwa zagraniczne. To oznacza, że w międzynarodowym obrocie dostarczamy jedynie najbardziej konkurencyjnych zasobów (np. taniej pracy). Zyski z tej działalności albo znikają z Polski w rozliczeniach międzynarodowych koncernów lub jako zyski są transferowane z Polski – komentuje Szczęśniak. Zwiększa się za to powierzchnia lasów. W 1990 roku lasy stanowiły 27,8 procent powierzchni Polski, podczas gdy teraz wskaźnik ten wynosi 30,5 procent, a docelowo ma to być 33 procent. Prof. Witold Kieżun, ekonomista, były ekspert ONZ i żołnierz AK, mówi, że Polska już stała się krajem kolonialnym. – Kraje ko¬lonialne mają być eksploatowane, lecz nie niszczone. Polacy mają mieć samochody, ale stare. Mają pracować za grosze, bo to niskie koszty pracy, a nie np. myśl techniczna, mają być naszym jedynym atutem. No i mamy się zadłużać na potęgę – wymienia prof. Kieżun. – Straciliśmy własny potencjał gospodarczy, Polska wymiera i emigruje. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż za tym wszystkim kryje się plan takiego osłabienia tego kraju, by wreszcie przestał przeszkadzać wielkim sąsiadom – dodaje.
Jak widać z powyższych danych, realizacja niemieckiego projektu Mitteleuropa idzie całkiem dobrym tempem. To koncepcja wymyślona w XIX wieku przez Constantina Frantza, niemieckiego dyplomatę i publicystę politycznego, który „w obawie przed rosyjską hegemonią w Europie postulował wytwarzanie ścisłych więzi między gospodarka polską a niemiecką”. Koncepcja Frantza została dopracowana przez Friedricha Naumanna, niemieckiego teologa i polityka, który postulował „podporządkowanie gospodarce niemieckiej gospodarek krajów Europy Środkowo-Wschodniej (z Polską i Ukrainą włącznie), a przez to polityczne związanie krajów tej części kontynentu z Niemcami. Gospodarka Niemiec miała utrzymać pozycję dominującą, a gospodarki związanych krajów miały być gospodarkami uzupełniającymi” (Marian Miszalski, Najnowsza spiskowa historia Polski, Biblioteka Wolności, Warszawa 2013, s. 128). Jak mówi redaktor Michalkiewicz, w Europie Środkowej należało ustanowić „państwa niby niepodległe, ale de facto niemieckie protektoraty o gospodarkach peryferyjnych i uzupełniających gospodarkę niemiecką”. Po dwóch przegranych wojnach Niemcy ten cel osiągnęły dopiero po 90 latach 1 maja 2004 roku, kiedy Polska i inne państwa Europy Środkowo-Wschodniej zostały włączone do Unii Europejskiej, czyli do strefy wpływów niemieckich. Przy tej okazji warto przypomnieć też, że w połowie lat osiemdziesiątych Edward Szewardnadze, sowiecki minister spraw zagranicznych, zgadzał się na zjednoczenie Niemiec pod warunkiem, że między Niemcami a Rosją powstanie „strefa buforowa”, czyli „obszar neutralny, rozbrojony i bez przemysłu ciężkiego, na którym ścierają się wpływy państw ościennych”.

Silna Konfederacja Międzymorza

Na naszych oczach w ciągu 25 lat zrealizowano wrogą nam politykę i nawet o tym głośno się nie mówi. Takich mamy mężów stanu, „broniących” niepodległości i suwerenności Polski, zrzekających się kompetencji na rzecz międzynarodowego tworu o nazwie Unia Europejska, która w rzeczywistości nie jest kierowana z Brukseli, a z Berlina. To właśnie Niemcy, wywołując w latach dziewięćdziesiątych wojnę w byłej Jugosławii, podzielili środek kontynentu, aby zjednoczony nie mógł stać się ważnym graczem na arenie międzynarodowej. Kiedy w 1989 roku z inicjatywy Włoch, zmierzających do zrównoważenia rosnących wpływów Niemiec w Europie Środkowej, utworzono późniejsze Heksagonale, czyli związek Włoch, Austrii, Węgry, Jugosławii, do którego przystąpiła Czechosłowacja i Polska, a także inne kraje regionu, Niemcy postanowiły storpedować ten projekt. Wkrótce na wiele lat wybuchła wojna w Jugosławii (Niemcy dostarczały broń wszystkim stronom konfliktu), co praktycznie unieruchomiło włoską inicjatywę. Co ciekawe, podobną koncepcję Wschodnioeuropejskiej Unii Demokratycznej, której celem byłoby zapewnienie pokoju i dobrobytu w regionie, opracował w 1944 roku prof. Ludwig von Mises, wybitny przedstawiciel szkoły austriackiej.
Tymczasem Polska, chcąc wywierać wpływ i mieć jakieś znaczenie w polityce międzynarodowej, powinna skupić wokół siebie właśnie państwa naszej części kontynentu. Będąc krajem najsilniejszym ludnościowo, terytorialnie i gospodarczo mogłaby odgrywać kluczową rolę w takim układzie, byłaby kierownikiem politycznym, tak jak teraz kierownikiem politycznym Unii Europejskiej są Niemcy. Ważną istotą współpracy powinna być umowa wolnohandlowa oraz wspólny sojusz militarny. Taki związek pod kierunkiem Warszawy, aby wzmocnić swoje znaczenie, mógłby zawrzeć strategiczny sojusz albo ze Stanami Zjednoczonymi, albo może nawet lepiej z Chinami, które szachowałyby Rosję od wschodu. Zawarcie z jednym z tych mocarstw umowy o wolnym handlu (której nie możemy się doczekać w ramach Unii Europejskiej) tylko umocniłoby potencjał gospodarczy umawiających się stron. Niestety istniejąca obecnie Inicjatywa Środkowoeuropejska nie ma żadnego większego znaczenia, bo jest przytłumiona przez proniemiecką Unię Europejską.
Koncepcja Międzymorza – bloku państw w Europie pomiędzy Morzem Bałtyckim, Morzem Adriatyckim i Morzem Czarnym, który dzięki swojemu potencjałowi byłby barierą przed ekspansją niemiecką na wschód i rosyjską na zachód – mnie jest nowa. Projekt ten po raz pierwszy pojawił się w polityce Józefa Piłsudskiego, Naczelnika Państwa, od razu po uzyskaniu niepodległości w 1918 roku, a potem odżył, w latach dziewięćdziesiątych, stając się oficjalną doktryną geopolityczną Konfederacji Polski Niepodległej. Powstała nawet Liga Partii Krajów Międzymorza i odbyły się jej kongresy: w 1995 roku w Jarosławiu nad Sanem, w 1996 roku w Mińsku Białoruskim i w 1997 roku w Kijowie. Jak wylicza autor artykułu na portalu Intermarium, założenie Konfederacji Międzymorza stworzyłoby blok państw, których populacja byłaby większa niż Niemiec i Francji razem wziętych czy też nawet Rosji. Blok byłby jednym z największych i liczących się na świecie rynków. Produkt krajowy brutto sojuszu przewyższałby gospodarkę Niemiec i tworzyłby piątą gospodarkę świata zaraz po USA, Chinach, Indiach i Japonii, sięgając 3,2 biliona USD. Na dodatek w przeciwieństwie do gospodarek państw Europy Zachodniej kraje Międzymorza rozwijałyby się, a potencjał militarny były czwartym na świecie, po USA, Chinach i Rosji. Oczywiście rozwój byłby możliwy, gdyby odrzucono brukselskie regulacje (patrz raport Mandelkerna), a w ich miejsce pozostawiono tylko wolny rynek, z wolnym przepływem ludzi, towarów i usług.
Jednak pod koniec lat dziewięćdziesiątych w związku z szykowaniem się większości państw regionu do przystąpienia do niemieckiego projektu Unia Europejska inicjatywa Międzymorza zamarła. Taki układ dawałby zabezpieczenie przed imperialnymi zakusami Niemiec i Rosji i tworzyłby warunki dla nieskrępowanego rozwoju gospodarczego regionu. Taki blok państw byłby na tyle silny, że zarówno z Niemcami, jak i z Rosją mógłby rozmawiać jak równy z równym, a nawet jako strona silniejsza. Dlatego oba te państwa zrobią wszystko, żeby koncepcja Międzymorza nigdy nie została zrealizowana. Dla nich korzystny jest aktualny układ sił, w którym prowadzą politykę „dziel i rządź”. „Koncepcja tzw. Międzymorza współcześnie jest zepchnięta na margines, wręcz skazana na zapomnienie. Dominacja w regionie dwóch państw Rosji i Niemiec nie pozwala (choć na tę dominację sami niejako się godzimy swoją służalczą postawą) na rozwój tego projektu. Państwa Europy Środkowo-Wschodniej nie mają obecnie (oprócz Polski i Ukrainy) takiego potencjału, by jednocześnie przełamać supremację niemiecko-rosyjską” – napisał autor artykułu na portalu prawymsierpowym.pl.

Co po Ukrainie?

Niestety brak woli politycznej, a także niestabilność gospodarcza i polityczna, jaka ma miejsce ostatnio na Ukrainie, powoduje, że istnieje niewielka szansa na utworzenie Konfederacji Międzymorza. W efekcie to Niemcy rządzą Europą, a jak powiedziała w „Rzeczpospolitej” prof. Jadwiga Staniszkis, „Rosjanie nas lekceważą. Patrzą na nas jak na półinteligenckich frajerów, którzy nie pojmują tego, co się wokół nich dzieje i nie potrafią niczego dla siebie ugrać”. Bo Rosja rozmawia tylko z silnymi partnerami, a z pozostałych się śmieje. I to właśnie nasi odwieczni wrogowie z zachodu i wschodu wspólnie wprowadzają własne porządki na Ukrainie. Ukraina powoli stanie się politycznym wasalem Niemiec, co oznacza, że przepoczwarza się w bliskiego sojusznika naszego zachodniego sąsiada o imperialnych zamiarach, którego będziemy mieli po wschodniej stronie granicy! Znacznie bliżej niż Rosję! Zdaniem Janusza Korwin-Mikkego, publicysty i lidera Kongresu Nowej Prawicy, sytuacja geopolityczna Polski bardzo pogorszyła się: „Mamy niepodległą Białoruś – coraz bardziej antypolską z powodu bezczelnego wtrącania się w jej sprawy wewnętrzne i przerabiania przez naszą agenturę Związku Polaków na opozycję antyłukaszenkowską. I niepodległą Ukrainę, gdzie niemal wszyscy polscy politycy najpierw wspierali p. Wiktora Juszczenkę (faworyta banderowców!!!), a obecnie zajmują się wspieraniem pp. Witaliusza Kłyczki i p. Arszeniusza Jaceniuka – jawnych klientów Niemiec, biorących od nich pieniądze i otrzymujących wsparcie polityczne i agenturalne!! Sytuacja geopolityczna Polski jest w tej chwili gorsza niż w 1939 roku. Na zachodzie Niemcy, które starannie unikają podpisania traktatu pokojowego (technicznie jesteśmy z RFN w stanie wojny!!), na północy skrawek Rosji, która w niczym nam nie pomoże, i proniemiecka Litwa” („Najwyższy Czas!”). Tymczasem władze w Berlinie obniżyły rangę pełnomocnika do spraw kontaktów z Polską, którym nie jest już wiceminister spraw zagranicznych Niemiec, a jedynie premier Brandenburgii. Czyżby powoli odpuszczali dialog z naszym krajem, uznając, że rozmawiać trzeba, ale z kimś, kto ma coś więcej do gadania?
Jak niebezpieczna dla Polski jest aktualna sytuacja geopolityczna, trafnie napisał na Facebooku także dziennikarz Dariusz Kos: „Trzeba to powiedzieć otwarcie: Rosja zaatakowała zbrojnie Ukrainę, zajęła Krym, próbuje przejmować ukraińskie jednostki wojskowe i odmawia jakichkolwiek rozmów dyplomatycznych z Ukrainą. Mamy wojnę między dwoma naszymi sąsiadami na terytorium jednego z nich. Co robi Polska? Co robi NATO? Nic! Niewiarygodne! Po tym co robi Putin na Ukrainie w Krymie ktoś ma jeszcze jakieś wątpliwości, że zabicie prezydenta sąsiedniego kraju to dla niego pryszcz?”. Kolejne fakty potwierdzają, że NATO nic nie zrobi. Niemieckie i holenderskie władze są przeciwne ulokowaniu baz wojskowych Sojuszu we wschodniej Polsce, by nie powodować „wzrostu napięcia z Rosją”.
Jak to się stało, że Rosjanie zajęli zasobny w gaz półwysep krymski, integralną część Ukrainy, niemal bez jednego wystrzału? Dlaczego ukraińskie władze zakazały swoim wojskom bronić granic kraju? Żołnierze zamiast bronić granic siedzieli w koszarach ze strachu przed znacznie większym potencjałem wojskowym Rosji. Czy takie państwo powinno w ogóle istnieć? Do tego doszła całkowita kompromitacja Zachodu, który nie potrafił wprowadzić w życie nawet adekwatnych retorsji wobec Rosji, nie mówiąc o akcji militarnej sił NATO. Rosja jest decyzyjna, a Zachód nie. Prezydent Włodzimierz Putin przyłączył Krym i Sewastopol w dwa dni, a Unia Europejska na przyłączenie kolejnego kraju potrzebuje kilkunastu lat. W trudnej sytuacji gospodarczej rosyjskie władze w jeden dzień zaproponowały Wiktorowi Janukowyczowi, prezydentowi Ukrainy, wielomiliardowe kredyty, a Unia, aby wyjść z podobną inicjatywą, potrzebowałaby wielomiesięcznych negocjacji pomiędzy państwami członkowskimi.
Wracamy do słów prezydenta Kaczyńskiego. Jakie terytorium po Naddniestrzu, Osetii Południowej, Abchazji i Krymie zajmie Rosja? Manewrami wojskowymi i ewentualnymi referendami już straszy kraje nadbałtyckie. Z kolei większość mieszkańców obwodów południowo-wschodnich Ukrainy wyraża niechęć wobec władz w Kijowie, które zostały ustanowione w wyniku puczu na Majadanie Niepodległości. Czy tam też lokalne władze, ku uciesze Moskwy, zorganizują referenda, podobnie jak na Krymie? Jest to o tyle prawdopodobne, że jak pisze w tygodniku „Najwyższy Czas!” znawca Rosji Wojciech Grzelak, rosyjska mentalność „polega na bezwzględnej i możliwie natychmiastowej realizacji strategii dobrze oddanej przez (…) przysłowie, zaczynające się od słów: „daj kurze grzędę…”. W razie oderwania [Krymu – TC] przez Moskwę niemała część ludności Europy Wschodniej mogłaby zacząć miewać kłopoty ze spokojnym snem”.
Może w tej sytuacji dobrym rozwiązaniem byłaby pozytywna odpowiedź Polski w sprawie rozbioru Ukrainy? Mianowicie Włodzimierz Żyrinowski, wiceprzewodniczący Dumy Państwowej i lider Liberalno-Demokratycznej Partii Rosji, w oficjalnym piśmie do polskiego MSZ zaoferował udział w podziale terytorium Ukrainy. Podobną propozycję złożył jednocześnie także Węgrom i Rumunii – w sprawie obwodów zakarpackiego i czerniowieckiego. Żyrinowski zaproponował, by Polska w pięciu zachodnich obwodach Ukrainy: wołyńskim, lwowskim, iwanofrankowskim, tarnopolskim i rówieńskim domagała się referendum w sprawie przyłączenia do naszego kraju. Niestety polskie MSZ nie podjęło rękawicy rzuconej przez Żyrinowskiego. Także Jan Kobylański, prezes Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich w Ameryce Łacińskiej, wielki patriota zwalczany przez polskie MSZ, w specjalnej odezwie napisał, że Polska powinna domagać się oddania co najmniej Lwowa i Wołynia, argumentując, że „terytoria te przez setki lat były częścią Polski. Tam rozwijało się rolnictwo oraz działały prężne tętniące polskością ośrodki polskiej kultury i oświaty. Stamtąd wywodzi się duża część polskiej literatury, malarstwa. Ogromny wkład w rozwój oświaty miał Kościół katolicki, a zwłaszcza zakon jezuitów, który zajmował się edukacją stojącą na bardzo wysokim poziomie”.

Strategiczny gaz

Skoro nie ma możliwości utworzenia Międzymorza pod przywództwem Polski, to należałoby chociaż nie karmić rosyjskiego niedźwiedzia pieniędzmi za gaz. Polska już dawno powinna wydobywać gaz łupkowy. Tymczasem to polscy politycy blokują nie tylko import gazu skroplonego poprzez opóźnienia w budowie terminalu LNG w Świnoujściu, ale także właśnie wydobycie gazu łupkowego. Z raportu Najwyższej Izby Kontroli wynika, że działania różnych urzędów administracji publicznej w odniesieniu do wydobywania gazu łupkowego można uznać za skandaliczne. Niepewność regulacyjna powoduje, że z Polski po kolei wycofują się koncerny energetyczne zainteresowane wydobyciem gazu łupkowego. Jego wydobycie szybko za to rośnie w Stanach Zjednoczonych. Ale jak zauważają eksperci, w stanie Pensylwania na koncesję czeka się 1,5 miesiąca, a w Polsce – 9 miesięcy. W 2011 roku premier Donald Tusk mówił, że komercyjne wydobycie gazu łupkowego w Polsce rozpocznie się w 2014 roku, co już wiadomo, że nie jest możliwe. A zamiast o ułatwieniach w branży polscy politycy mówią o opodatkowaniu łupków, co tym bardziej odstrasza inwestorów. Czy politycy za łapówki Gazpromu bojkotują w Polsce wydobycie gazu łupkowego? Jednak jeszcze jeden problem jest taki, że PSL negocjowało i podpisało nie tylko cenowo niekorzystny dla Polski kontrakt na dostawy rosyjskiego gazu. Na dodatek umowa jest wieloletnia, a nieprzyjmowanie zakontraktowanych miliardów metrów sześciennych gazu z Rosji będzie oznaczało kary finansowe dla Polski. Tylko czy w czasie wojny ktoś takie kary płaci? Bo coraz więcej komentatorów mówi o zbliżającej się wielkimi krokami III wojnie światowej. Jak słusznie zauważa „New York Times”, „w przeciwieństwie do Zachodu, Moskwa dąży do ekspansji geopolitycznej, a nie ekonomicznej”.
Oliwy do ognia dolewa Unioparlament, który zmienił unijną dyrektywę, zaostrzając przepisy środowiskowe dotyczące wydobywania gazu łupkowego. Według polskich europarlamentarzystów, tak ostrych przepisów nie ma nigdzie na świecie. Jak podaje Polskie Radio, to rzucanie kłód pod nogi wydobywaniu gazu z łupków i w efekcie inwestorzy zrezygnują z odwiertów poszukiwawczych w Polsce. Zdaniem Andrzeja Sikory, eksperta z Instytutu Studiów Energetycznych, decyzja Europarlamentu utrudni poszukiwanie gazu łupkowego w krajach Unii Europejskiej. Tymczasem prezydent USA Barack Obama chce, by Amerykanie sprzedawali na eksport olbrzymie ilości gazu, żeby podciąć fundamenty finansowe agresywnej Rosji i jej lidera czekisty Putina. Te działania już dawno powinny być uruchomione – podobnie z ropą naftową odnośnie Arabów. Na skutek aktualnej polityki blokowania sankcjami Iranu rosną ceny ropy, co szkodzi światowej gospodarce, na czym z kolei zyskują kraje arabskie, Rosja, koncerny naftowe i banksterzy, a tracą konsumenci na całym świecie.
Jeśli nic się nie zmieni, Polska pozostanie pionkiem w grze silniejszych sąsiadów. – Co do przyszłości, widzę dwa alternatywne scenariusze. Albo środkowoeuropejskie EWG, wolna strefa gospodarcza, a na jej bazie, na gruncie realnej wymiany towarowo-pieniężnej, realne kontrakty i wspólne projekty polityczne – a zatem integracja międzymorza bałtycko-adriatycko-czarnomorskiego jako strefy bezpieczeństwa Tradycji katolickiej. Albo nieuchronny scenariusz alternatywny: kondominium rosyjsko-niemieckie pod żydowskim zarządem powierniczym – powiedział w rozmowie z tygodnikiem „Najwyższy Czas!” antysalonowy reżyser Grzegorz Braun, dodając, że jak na razie polscy przedsiębiorcy są wypychani z Białorusi i Ukrainy, a na ich miejscu swoje interesy robią tam Niemcy. Jednak niektórzy eksperci stawiają tezę, że rosyjsko-ukraiński konflikt paradoksalnie może być korzystny dla polskiej gospodarki, że w wyniku zamrożenia wymiany handlowej pomiędzy Rosją a Ukrainą zrobi się miejsce m.in. dla polskich firm. Duże znaczenie będzie miała unijno-ukraińska umowa stowarzyszeniowa, która zniesie bariery handlowe. – Dziś tylko to leży mi na sercu: żeby Polacy się przebudzili. To ostatni moment! – mówi w rozmowie z tygodnikiem „wSieci” prof. Witold Kieżun.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 2 kwartalnika „Opcja na Prawo” z 2014 r.

2 odpowiedzi to “Mitteleuropa czy Międzymorze?”

  1. Bardzo dobry artykuł. Uważam, że świetnie Pan opisał wszelkie inicjatywy antypolskie ze strony innych państw (szczególnie Rosji). Niestety Polska nie liczy się na arenie Europejskiej. Staliśmy się tylko zwykłym pionkiem. Nikt się nami nie przejmuje, gdy coś mamy do powiedzenia nikt nas nie słucha. A czyja to jest wina? Polityków, którzy tak rządzą krajem, że robią wszystko co jest niekorzystne dla naszego kraju. Nie ma tutaj myślenia strategicznego. Najważniejsze jest to aby się wszystkim przypodobać, a szczególnie Rosji. Kiedyś byliśmy bardzo liczącym się krajem jednak teraz jesteśmy tylko zbędnym elementem. Niestety bardzo przykre jest to, że Polska pozostaje marionetką Rosji np. w sprawie gazu. Jak Pan słusznie stwierdził byłaby możliwość wydobywania w Polsce gazu łupkowego, ale dlaczego tego się nie robi? Moglibyśmy się stać częściowo niezależni od Moskwy, co dałoby nam silniejszą pozycję w Europie. Oficjalne stanowisko Niemiec w sprawie Ukrainy jest niczym innym jak tylko polityczną gra. Chyba wszyscy zdają sobie sprawę z tego, że Rosja i Niemcy zawsze się dogadają. Szkoda, że Polska jest teraz na pozycji takiej jakiej jest. Czy jest możliwość odbudowania naszej siły przebicia? Być może jest. Tylko należy wybierać polityków, którzy chcą coś zmienić i nie boją się wypowiedzieć własnej opinii, nawet na tematy, których nikt nie porusza. Kiedyś dla rządu ważny był nasz kraj, a teraz niestety liczą się tylko względy materialne, co niestety jest bardzo smutne, bo doprowadziło do takiej właśnie sytuacji.

  2. popielwiking pisze:

    Rosja myśli że jej nic nie grozi. Chiny czekają na surowce żeby się rozwijać. Polityka Rosji jest skierowana na Polskę i na upadlaniu innych Narodów.Niemcy to sojusznik Rosji który w swej pysze doprowadzi swój naród do upadku na własne życzenie .Polska z Jezusem i Marią jako Królestwo będzie istnieć wiecznie za swe męczeństwo .

Zostaw odpowiedź

web stats stat24