Japonia tonie w długach

Lewicowa koalicja jeszcze nie doszła w Japonii dobrze do władzy, a już zapowiada pierwsze swoje postępowe reformy. Największe obawy co do przyszłości gospodarki Kraju Kwitnącej Wiśni mają ekonomiści oraz japońscy przedsiębiorcy.

Tokio Fot. EM (2)

Wybory parlamentarne w Japonii z 30 sierpnia zakończyły się nie tylko druzgocącą klęską rządzącej od 54 lat konserwatywno-liberalnej Partii Liberalno-Demokratycznej, ale równocześnie wyniosły do władzy socjaldemokratów z Demokratycznej Partii Japonii. Ta ostatnia partia otrzymała 42,4 proc. głosów, uzyskując 308 mandatów (195 więcej niż miała) w 480-osobowym parlamencie, podczas gdy dotychczas rządząca Partia Liberalno-Demokratyczna zdobyła 26,7 proc. głosów i 119 mandatów (177 mniej niż miała). Co ciekawe, aż 7 proc. głosów uzyskała Japońska Partia Komunistyczna, zdobywając 9 mandatów. Co symptomatyczne, aż 46 proc. wyborców głosowało na socjaldemokratów nie dlatego, że podobał im się ich program wyborczy, lecz był to raczej głos sprzeciwu wobec rządów premiera Taro Aso i kierowanej przezeń Partii Liberalno-Demokratycznej. To była spektakularna klęska Partii Liberalno-Demokratycznej, z której do parlamentu nie dostało się wielu doświadczonych polityków, m.in. byli premierzy i ministrowie. Kompromitującej porażki cudem uniknął premier Taro Aso, który wygrał niewielką przewagą głosów w swoim okręgu.

W wyniku takiego układu sił, 14 września, na pierwszym posiedzeniu nowego parlamentu, nowym premierem Japonii ma zostać wybrany Yukio Hatoyama, przewodniczący Demokratycznej Partii Japonii. To ugrupowanie oraz dwie malutkie partie – Partia Socjaldemokratyczna oraz Nowa Partia Ludowa – zawarły już porozumienie tworzące koalicję rządową, które daje im kwalifikowaną większość w niższej izbie japońskiego parlamentu.

Polityka zagraniczna

Jedną z ważniejszych części porozumienia koalicyjnego są kwestie dotyczące polityki zagranicznej. Chodzi głównie o stosunek nowych władz do udziału Japonii w amerykańskich działaniach zbrojnych w Afganistanie oraz statusu wojsk amerykańskich stacjonujących na Okinawie. Jeszcze przed wyborami Demokratyczna Partia Japonii twierdziła, że amerykański parasol nuklearny powoduje zagrożenie dla bezpieczeństwa kraju i domagała się zadeklarowania przez USA, iż nie użyje broni jądrowej jako pierwsza strona w ewentualnym konflikcie. Z kolei koalicyjna Patria Socjaldemokratyczna żąda wycofania japońskich Sił Samoobrony z wszelkich akcji zagranicznych. Z jednej strony nowy rząd chce rozluźnienia relacji z USA, a z drugiej – zbliżenia do wschodnioazjatyckich tygrysów gospodarczych. Jeszcze jako lider japońskiej opozycji Hatoyama wzywał do pogłębienia integracji z Azją Wschodnią i stworzenia wspólnej waluty w regionie. Należy wspomnieć, że mimo poważnych problemów finansowych w kraju, Japońska Agencja Współpracy Międzynarodowej rozszerzyła swoje działania kredytowe dla państw rozwijających się. Teraz dysponuje kwotą prawie 21 mld US$. Dla samej Ruandy Japonia przeznaczyła ostatnio 6,5 mln US$ dotacji.

Regulacje i nacjonalizacja

Przyszły lewicowy premier Japonii opowiada się za ograniczeniem „rynkowego fundamentalizmu” i uważa, że amerykański model gospodarczy szkodzi społeczeństwu. – Nie chcę powiedzieć, że rynkowy fundamentalizm jest wyłącznie zły. Rozumiem jego znaczenie, ale musimy zastanowić się, czy to jest zawsze złota zasada. Będziemy prowadzić deregulację w niektórych miejscach, ale też zatrzymamy ją wszędzie tam, gdzie uznamy, że jest jej za dużo – zadeklarował Hatoyama. Tej postawy najbardziej obawiają się przedsiębiorcy. Pierwsze regulacje już są w drodze. Hatoyama zapowiedział zwiększenie kontroli i zaostrzenie przepisów regulujących działalność na rynkach finansowych rzekomo po to, by zapobiec wystąpieniu w przyszłości kolejnego kryzysu. Jednak przedsiębiorcy najbardziej zaniepokojeni są planami zakazania zatrudniania tymczasowego na czas określony. Dotychczas była to bardzo popularna forma zatrudnienia pracowników, pozwalająca firmom elastycznie reagować na rynkowe zmiany w zamówieniach i produkcji. W ten sposób lewica chce się przypodobać związkom zawodowym. Ponadto przed wyborami Demokratyczna Partia Japonii domagała się natychmiastowego podniesienia płacy minimalnej z 7,4 US$ do 10,5 US$ za godzinę. Być może teraz wprowadzi to życie. Jednak z drugiej strony lewica chce przeznaczyć z budżetu 2,32 mln US$ na pomoc małym i średnim przedsiębiorstwom, aby poradziły sobie z tak gwałtowną podwyżką płac.

Zaraz po wyborach socjaldemokraci zapowiedzieli też stworzenie nowego potężnego urzędu ds. przezwyciężenia kryzysu gospodarczego. Poza tym ma powstać Narodowy Urząd Strategiczny, zajmujący się planowaniem polityki bezpieczeństwa oraz projektowaniem budżetu. Przyszły premier Yukio Hatoyama zapowiedział ponadto utworzenie Rady Odnowienia Administracji, która będzie kontrolowała wydatki publiczne. Projekty uznane za marnotrawne mają być zawieszane, przekazywane do realizacji samorządom lub zlecane firmom prywatnym.

Jak powszechnie wiadomo, wszelka lewica jest przeciwnikiem własności prywatnej. Japońska lewica nie jest tu wyjątkiem. Nowa Partia Ludowa, koalicyjny partner socjaldemokratów, domaga się renacjonalizacji poczty, sprywatyzowanej w 2007 roku głównie w celu ukrócenia malwersacji finansowych. O oszustwa w latach 2005-07 na łączną kwotę ponad 21,6 mln US$ oskarżonych jest aż 121 pracowników Japan Post.

W swoim programie wyborczym Demokratyczna Partia Japonii zapowiedziała także, że uchroni obywateli przed opłatami za autostrady poprzez… przejęcie ich przez państwo. Realizacja tej obietnicy wyborczej przerwałaby liberalizację i prywatyzację sektora, którą w 2005 roku zapoczątkował konserwatywny rząd. Może też spowolnić inwestycje, które po likwidacji państwowego monopolu gwałtownie przyspieszyły, rozwiązując wiele japońskich problemów komunikacyjnych. W wyniku prywatyzacji znacznie poprawiła się efektywność wydawanych środków i zniknęły afery korupcyjne, z których słynęła publiczna Japan Highway Public Corp. No ale nie ma również możliwości pokątnego wzbogacenia się przez polityków.

Ekologizm

Kolejnym problemem dotykającym Japonię, który może drogo kosztować przeciętnego mieszkańca tego kraju, jest fanatyczny ekologizm nowych władz. Zdaniem Toshihiro Nikai, odchodzącego ministra gospodarki, wprowadzenie nowych limitów emisji CO2 będzie kosztowało każde japońskie gospodarstwo domowe co najmniej 3,8 tys. US$ rocznie. Proponowane przez lewicę zredukowanie do 2020 roku emisji dwutlenku węgla o 25 proc. (więcej niż UE, która planuje zmniejszyć emisję CO2 do 2020 roku „tylko” o 20 proc.), w porównaniu z rokiem 1990, to znacznie więcej niż 8-procentowa redukcja emisji planowana przez konserwatywny rząd, której łączne koszty i tak oszacowano na gigantyczną sumę 516 mld US$. Lewica planuje urzeczywistnić swoje chore pomysły m.in. poprzez wprowadzenie podatku od emisji gazów cieplarnianych. Przychody z tej daniny miałyby sfinansować ogromne dotacje dla „zielonego sektora” – producentów ogniw paliwowych, paneli słonecznych, biopaliw i innych, kosztem obłożenia podatkiem producentów samochodów, rafinerii i elektrowni. Partia Socjaldemokratyczna wydatkami na „zielony przemysł” chce wyprowadzić Japonię z kryzysu. Tymczasem Japońska Federacja Przedsiębiorców ostrzegła lewicę, że realizacja tych ekologicznych obietnic doprowadzi do katastrofy gospodarczej. Do tej pory 80 proc. japońskich firm energetycznych nie było w stanie ograniczyć emisji CO2 do poziomu, który same na siebie nałożyły! Jeszcze większe problemy mogą spowodować limity narzucone przez państwo.

Co ciekawe, pomimo wyższych kosztów, Japończycy masowo kupują produkty reklamowane jako ekologiczne, uznając je za najmodniejsze. Sprzedaż towarów „ekologicznych” błyskawicznie rośnie pomimo spadku wydatków konsumpcyjnych. Jednak jest to z pewnością związane z istnieniem rządowego programu tzw. ekopunktów (dotacje przy zakupie elektroniki oraz AGD „przyjaznych środowisku”), zwolnieniami podatkowymi za zakup samochodów energooszczędnych oraz subsydiowaniu instalacji paneli słonecznych.

Wzrost wydatków

Aby zrealizować najważniejsze obietnice wyborcze dotyczące polityki rodzinnej, edukacyjnej, rolnej i zatrudnienia, japońscy socjaldemokraci muszą wydać ponad 54 mld US$. Np. nowy lewicowy rząd zapowiada wprowadzenie państwowego kieszonkowego dla licealistów w wysokości 275 US$ miesięcznie. Pieniądze na rozbudowany socjal mają pochodzić głównie z przeniesienia środków z obecnych projektów rządowych. Mają też zostać zmniejszone wydatki na obronę oraz zawieszone szkolenia dla bezrobotnych i osób, które chcą się przekwalifikować.

Świadczenia socjalne Japonii pobiera aż 51 mln osób. Wydatki socjalne rosną w tempie średnio 11,5 mld US$ rocznie. Tylko 13,23 mln emerytów w wieku powyżej 75 lat kosztuje japońskiego podatnika 118 mld US$ rocznie. Na dodatek japoński system pomocy socjalnej jest dziurawy – pieniądze były wypłacane osobom, których nikt nie mógł zidentyfikować! Japonia ma też inne ciekawe pozycje wydatkowe. 21 mld US$ ma kosztować budowa elektrowni słonecznej w… kosmosie, która ma dostarczać energię do prawie 300 tys. gospodarstw domowych. Dla porównania koszt budowy elektrowni jądrowej o podobnej mocy to 6-9 mld US$. Ponadto 785 mln US$ rząd Japonii przeznaczy na sfinansowanie badań nad lekami, które zostały uznane za nieopłacalne przez firmy farmaceutyczne. Z kolei na instalację produkującą paliwo z ryżu Ministerstwo Rolnictwa przeznaczy 13,5 mln US$, a ponad 122 mln US$ już poszło na budowę… muzeum bajek animowanych.

Dochodzi do absurdów. Socjaldemokraci chcą wstrzymać budowę zapory Yamba, którą uznają za marnotrawstwo środków publicznych. Problem polega na tym, że jej budowa została już rozpoczęta i poprzedni rząd wpompował w nią 3,5 mld US$ z całkowitego kosztu inwestycji oszacowanej na 5 mld US$. Przeciwko zatrzymaniu budowy protestują samorządy, które od lat przygotowywały się do budowy i uruchomienia zapory. Jeśli rząd wstrzyma projekt, będą żądać odszkodowania w wysokości 2,1 mld US$.

Do 2013 roku rząd ma także wydać ponad 138,8 mld US$ na pakiet podtrzymujący wzrost gospodarczy. Jeszcze przed wyborami rząd Japonii wydał 40 mld US$ na przedłużenie awaryjnych pożyczek i wykup dłużnych papierów wartościowych od prywatnych przedsiębiorców. Ekonomiści uważają, że działania rządu na rzecz stymulacji gospodarki pomogą tylko na krótką metę, a w dłuższej perspektywie jeszcze bardziej wzrośnie zadłużenie państwa. A właśnie gigantyczne zadłużenie zdaje się być największym problemem Japonii. Jest ono skutkiem uchwalania corocznych coraz większych deficytów budżetowych i zaciągania coraz większych pożyczek, by je finansować. Aktualnie zadłużenie Japonii wynosi 8,43 biliona US$, co stanowi około 180 proc. PKB, podczas gdy jeszcze w 1991 roku wynosiło 65 proc. PKB. Szacuje się, że pod koniec 2009 roku wysokość japońskiego zadłużenia przekroczy 200% jej PKB. Dla porównania USA mają 11,6 biliona US$ długu, ale stanowi to około 80 proc. PKB tego kraju. Znając poczynania lewicowych władz na całym świecie, wątpliwe jest, by nowa koalicja rządowa zdecydowała się na proces oddłużania Kraju Kwitnącej Wiśni.

* Niniejszy artykuł został opublikowany w nr 38 tygodnika “Najwyższy CZAS!” z 2009 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24