Eurofanatycy idą po trupach*

To było łatwe do przewidzenia. Kiedy Francuzi i Holendrzy odrzucili w referendach Konstytucję Unii Europejskiej, to postanowiono zmienić kilka artykułów oraz tytuł i poddać ją pod głosowania z nazwą traktat lizboński. Teraz unijni przywódcy naciskają na rząd w Dublinie, by przeprowadził w Irlandii powtórne referendum w sprawie ratyfikacji traktatu lizbońskiego, odrzuconego w głosowaniu z 12 czerwca 2008 roku (53 proc. powiedziało „nie”). Brukselscy politykierzy chcą, by stało się to najpóźniej w październiku 2009 roku, jeszcze przed zakończeniem obecnej kadencji Komisji Europejskiej, aby mógł on wejść w życie w styczniu 2010 roku. Aby zachęcić Irlandczyków do głosowania na „tak”, szefowie unijnych państw i rządów zdecydowali, że w specjalnych deklaracjach zapisane zostaną gwarancje dotyczące neutralności Irlandii, nienaruszalności prawa antyaborcyjnego, polityki podatkowej oraz socjalnej. Ale Irlandczycy musieliby być głupcami, by wierzyć w deklaracje eurokłamców. W jaki sposób jeszcze Irlandczycy będą stręczeni za pieniądze podatników, by zatwierdzili traktat?

Tymczasem oprócz Irlandii traktatu lizbońskiego nie ratyfikowały jeszcze m.in. Niemcy, Czechy i Polska, które czekają właśnie na rozstrzygnięcie z Zielonej Wyspy. Odrzucenie traktatu przez Irlandię można zawdzięczać z jednej strony aroganckim zachowaniom eurobiurokratów, w tym napastliwej propagandzie szefa Komisji Europejskiej Jose Manuela Barroso, który namawiał do głosowania za traktatem, a z drugiej strony także Declanowi Ganley’owi, liderowi irlandzkich eurosceptyków, który teraz planuje stworzyć nowy paneuropejski ruch Libertas i szuka nawet sojuszników w Polsce na czerwcowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Otóż biznesmen Ganley wydał sporo pieniędzy na aktywną kampanię antytraktatową, ponieważ nie zgadza się on, by na temat ponad 60 proc. zagadnień, które teraz są w kompetencjach państw narodowych, po przyjęciu traktatu lizbońskiego decydowała Bruksela.

A co jeśli Irlandczycy ponownie odrzucą traktat lizboński? Czy referendum będzie powtarzane do skutku? Czy na tym polega demokracja? Po co w ogóle organizować referenda, skoro wynik i tak musi być prawomyślny? Niczym się to nie różni od fałszowania wyborów w ustrojach totalitarnych. Jak słusznie stwierdził Bolesław Witczak, prezes Unii Polityki Realnej, „jest to kpina z demokracji i pokazuje to prawdziwe oblicze zwolenników traktatu”. Sam traktat lizboński prowadzi do powstania europejskiego superpaństwa, o czym marzą lewicowi politycy europejscy, zmniejsza rolę państw narodowych oraz zwiększa rolę unijnej biurokracji. Jak wielkie jest zawzięcie i determinacja, by projekt powstania eurokołchozu doszedł do skutku, świadczą słowa Hanne Dahl, duńskiej eurodeputowanej, współprzewodniczącej Grupy Niepodległość/Demokracja: „W Unii Europejskiej można krytykować wszystko – nawet globalne ocieplenie – oprócz jednej rzeczy: traktatu. To całkowite tabu. Każdy, kto skrytykuje projekt przyszłej Unii Europejskiej, jest od razu wdeptywany w ziemię. To przybiera już formy parareligijne”. Jedną z ofiar eurofanatyków stał się prezydent Czech Vaclav Klaus podczas niedawnego spotkania z eurodeputowanymi na Hradczanach.

* Niniejszy komentarz został napisany dla Ruchu Patriotycznego 17 grudnia 2008 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24