Demokracja nie jest rozwiązaniem dla Afganistanu*

Niektórzy Afgańczycy twierdzą, że za panowania talibów był porządek i spokój, a teraz w Afganistanie panuje chaos, do którego NATO się przyczynia. Szacuje się, że tylko 20 proc. środków pomocowych trafia bezpośrednio do potrzebujących – mówi Olga Mielnikiewicz, która ponad rok spędziła na misji Polskiej Akcji Humanitarnej w Kabulu.

W jaki sposób trafiłaś do Afganistanu?

Do Afganistanu pojechałam w styczniu 2008 r. jako pracowniczka Polskiej Akcji Humanitarnej. Miałam już wtedy za sobą dziewięciomiesięczny pobyt na misji PAH w Czeczenii. Po powrocie z Czeczenii w maju 2007 r. pracowałam pół roku w warszawskim biurze i zatęskniłam za „terenem” – jak nazywamy żargonowo pobyty na misjach zagranicznych. W tym czasie był akurat wakat na stanowisku szefa w kabulskim biurze.

Jakie trzeba spełniać warunki, by móc jechać na misję humanitarną do Afganistanu?

Praca na każdej misji, w Afganistanie, Sudanie czy Palestynie, wymaga podobnych kwalifikacji. Z perspektywy czasu wydaje mi się, że najważniejsze są predyspozycje psychiczne: umiejętność radzenia sobie ze stresem, umiejętność podejmowania decyzji. Trzeba mieć dystans do otaczającej rzeczywistości, która jest inna od tej, do której przywykliśmy i bardzo złożona. Osoby bardzo wrażliwe, mające tendencje do „zbawiania świata” i idealistycznie podchodzące do pracy i życia mogą ulegać załamaniom i szybko się wypalać.

Trzeba znać języki: angielski to podstawa, ale w zależności od kraju, w którym się pracuje również rosyjski i francuski, natomiast znajomość arabskiego lub perskiego są dużym atutem. Korzysta się naturalnie z usług tłumaczy, ale nawet przy najlepszym przekładzie zawsze coś ważnego umyka.

Nie bez znaczenia jest też stan zdrowia. W Afganistanie nie ominą nas na pewno rozstroje żołądka i prawdopodobnie złapiemy amebę, salmonellę i inne zakaźne choroby. Ja przywiozłam akurat lambliozę, ale ona występuje też w Polsce.

Przydaje się bardzo doświadczenie w pracy w organizacjach pozarządowych, aby zrozumieć specyfikę i kulturę działania całego trzeciego sektora, ale stokroć ważniejsze jest to, czy miało się do czynienia w pracy z zarządzaniem projektami i ludźmi.

Sporo osób uważa, że pomaganie to trochę takie przytulanie biednych dzieci z dużymi brzuszkami. Nic bardziej błędnego. Niesienie pomocy to zawód, w którym wymaga się konkretnej wiedzy i kwalifikacji. Profesjonalizm jest tak samo ważny, jak w innych branżach.

Bez umiejętności pozyskiwania funduszy, pisania wniosków o granty, rozliczenia finansowego, monitorowania projektów i ewaluacji działań, zarządzenia ryzykiem, raportowania nie obejdziemy się. Oczywiście tego można się nauczyć, znaczenie trudniej zaś nabyć wrażliwość kulturową, tolerancję i szacunek w stosunku do „Innego”, odpowiedzialność i siłę charakteru.

Trzeba też pozbyć się europocentrycznego myślenia, co jest rzeczą najtrudniejszą.

Jak wygląda praca na misji humanitarnej w Afganistanie? Czym konkretnie się zajmowałaś?

Oprócz mnie na misji pracowały jeszcze dwie Polki oraz trzech koordynatorów-tłumaczy Afgańczyków i czterech stróżów, którzy opiekowali się biurem przez całą dobę, a więc w sumie bardzo niewiele osób. Każdy z nas musiał więc być bardzo uniwersalny i elastyczny w swoich zajęciach. Moje zadania polegały na zarządzaniu finansami, sprawach kadrowych, podatkowych, zawieraniu rożnych umów: od zlecenia na serwis generatora (nie miałyśmy prądu w ciągu dnia) po duże kontrakty na budowę studni, negocjacjach z podwykonawcami, monitoringu projektów, spotkaniach z władzami afgańskimi, raportowaniu do różnych ministerstw. Musiałam dbać o bezpieczeństwo, starać się o środki na projekty, nadzorować przetargi, inwentaryzować mienie etc. Każdy z nas wykraczał daleko poza swój zakres obowiązków. Realizowaliśmy cztery projekty, trzy z nich polegały na zapewnieniu dostępu do edukacji – znów taki żargon branżowy – czyli organizowaliśmy kursy angielskiego i komputerowe dla młodzieży szkolnej oraz pracowników władz oświatowych w dwóch prowincjach Afganistanu. Czwarty projekt polegał na zapewnieniu dostępu do wody pitnej, czyli budowie studni i systemów grawitacyjnych w szkołach.

Nasze biuro i dom mieściły się w jednym budynku w dość spokojnej dzielnicy Kabulu. Zaczynałam pracę około godz. 8, a kończyłam zwykle około godz. 22. Kiedy jechaliśmy w teren, to zdarzało się wstawać nieraz o godz. 5 rano, żeby z powrotem zdążyć przed nocą. Mieliśmy jeden dzień wolny w tygodniu, piątek. Praca na misji jest bardzo urozmaicona i nieprzewidywalna. Nie dało się robić żadnych sztywnych planów na kilka dni wprzód. W tamtych warunkach i kulturze trzeba być elastycznym i czas traktować bardzo rozciągliwie. Muszę przyznać, że bardzo dużo nauczyłam się w tak w Afganistanie, jak i w Czeczenii.

Czy taka praca jest niebezpieczna? Czy czułaś się zagrożona?

Jakkolwiek by to nie zabrzmiało, największe zagrożenie stanowiła obecność wojskowych konwojów w pobliżu. Gdy się za bardzo zbliżysz, to strzelec na wieżyce automatycznie celuje prosto do ciebie z karabinu. On ma pewnie takie procedury, ale serce skacze wtedy do gardła. W Kabulu są liczne obiekty wojskowe, kilka baz, kwatera główna ISAF (Międzynarodowe Siły Wsparcia Bezpieczeństwa w Afganistanie – TC) oraz zagraniczne ambasady i budynki ONZ, wszystko odgrodzone od świata zasiekami i betonowymi T-wallami (3,7-metrowy stalowo-betonowy mur mający chronić przed wybuchami – TC]. Właśnie przed takimi budynkami najczęściej dochodzi do samobójczych ataków. Poruszanie się w tych miejscach wywoływało zawsze we mnie duży niepokój, a często po prostu strach. Czułam się natomiast na ogół bezpiecznie, wyjeżdżając poza miasto naszą starą terenową toyotą, mocno zakurzoną (po czystych autach rozpoznawało się ekspatów) albo nawet podczas piątkowych spacerów po centrum Kabulu.

Najlepszą ochroną jest wtapianie się w otoczenie oraz zdobycie szacunku i zaufania ludzi. Oczywiście w przypadku zamachów decyduje przypadek, można być w niewłaściwym miejscu w niewłaściwym czasie, natomiast jeśli pracujemy w jakiejś wiosce kilka miesięcy, respektując prawa i zwyczaje mieszkańców i traktując ich jak partnerów, to nasi afgańscy znajomi roztaczają nad nami niewidoczną ochronę. Zdarzało mi się po kilka dni przebywać poza biurem, nocując u Afgańczyków i nie spotkało mnie nigdy nic nieprzyjemnego, a tylko wspaniała gościnność. Na misjach obowiązują zasady bezpieczeństwa, są plany ewakuacji, śledzi się komunikaty i obserwuje sytuację, ale człowiek wpada w rutynę po jakimś czasie i przyzwyczaja się do zagrożeń. Gdyby ciągle paraliżował nas strach, nie dałoby się normalnie pracować. Pamiętam, jak na początku pobytu w Czeczenii budziły mnie nieustannie w nocy serie z karabinu – większość z nich to były pewnie strzały na wiwat na weselach – i wielkim stresem było przekraczanie posterunków wojskowych na drodze z Nazrania do Groznego, ale po jakimś czasie już ich nawet nie zauważałam i nie słyszałam.

Uważam, że nie jest to praca bardziej niebezpieczna niż np. w kopalni. Ale dość nieprzewidywalna i obarczona bardzo dużym ryzkiem, dlatego trzeba sobie poważnie rozważyć w duchu, czy chce się je podjąć.

Czym różniła się praca w Afganistanie od Twojej poprzedniej pracy na misji w Czeczenii?

Czeczenia cieszyła się w PAH sławą najtrudniejszej. Była to pierwsza i największa misja PAH, założona w 2000 r. Zajmowałam się koordynowaniem dużego projektu, polegającego na dostawach wody pitnej dla mieszkańców Groznego. Zatrudnialiśmy kilkudziesięciu pracowników: Czeczenów i Inguszy. To było prawie takie małe „przedsiębiorstwo”. Oprócz rozwożenia wody, zajmowaliśmy się oczyszczaniem miasta. Pojechałam tam w momencie, kiedy zapadły decyzje o zakończeniu projektu i przekazaniu czeczeńskiej administracji.

Czasem żartuję sobie, że Czeczenia to moja największa trauma, ale też i niezła szkoła. W każdym razie, po Czeczenii Afganistan wydawał mi się początkowo „wakacjami”. Każdy problem, który pojawiał się w pracy w Kabulu, był błahostką w porównaniu z tymi, które musieliśmy rozwiązywać w Czeczenii. Potem już różnie bywało.

Miałam też większy dystans do wszystkiego. Poza tym w Afganistanie skala działania PAH była dużo mniejsza, więc się przyjemniej pracowało. Afgańczycy są o wiele przyjaźniej i serdeczniej nastawieni do „białych”. Różnica jest widoczna nawet w instytucjach państwowych. Wysocy rangą urzędnicy państwowi zawsze znajdują czas, żeby porozmawiać, częstują obowiązkowo herbatą, czasem zapraszają na obiad i bardzo się starają pomóc (choć nie zawsze dotrzymują obietnic). Natomiast na Kaukazie w urzędach niestety jesteśmy traktowani jak petenci. Przechodzimy najróżniejsze kontrole, rozmowy ze służbami specjalnymi, zdarzają się podsłuchy. W zasadzie toleruje się tam społeczność międzynarodową, ale mocno pilnuje i patrzy na ręce. Czeczeni i Ingusze prywatnie również są bardzo gościnni i życzliwi, ale same instytucje pełne są „homo sowieticusów”. Poza tym Czeczenia była jeszcze w 2008 r. strefą „KTO”, czyli operacji kontrterrorystycznej. Wjazd do Groznego obwarowany był zgodą FSB i rosyjskiego wywiadu wojskowego. Nie było zgody, to nie było przepustek i nie można było pracować. No i legendarna biurokracja bardzo dawała się we znaki. Afganistan, mimo że biedniejszy i ogarnięty wojną, wydał mi się radośniejszy. To, co rzuca się od razu w oczy, to różnica w zachowaniu dzieci. W Czeczenii są bardzo skryte, nieśmiałe, smutne i nieufne. W ludziach wyczuwalny jest jakiś strach. W Afganistanie są spontaniczne, roześmiane, rozkrzyczane, chętnie nawiązują kontakt.

Jak bardzo życie Afgańczyków różni się od życia w Europie?

Różni się bardzo. Kultura jest diametralnie inna, co nie znaczy że gorsza. Dla wielu z nas niezrozumiała i nie do zaakceptowania, zwłaszcza prawa zwyczajowe, których nie można mylić z zasadami życia religijnego wynikającymi z islamu.

Jeśli popatrzyć na różne wskaźniki, którymi posługuje się świat „zachodni”, aby opisać i posortować m.in. takie kraje jak Afganistan, stopień analfabetyzmu, długość życia, śmiertelność niemowląt, rozwój społeczny, to Afganistan zajmuje zawsze ostatnie pozycje. Proponowałabym jednak wszelkie dane dotyczące tego kraju traktować z dużą nieufnością, nie ma możliwości szeroko zakrojonych badań. Ale ubóstwo, a nawet nędzę i skutki wojny widać gołym okiem na ulicy: żebracy, inwalidzi, sieroty. Według szacunków na ulicach Kabulu pracuje kilkadziesiąt tysięcy dzieci, ale nie wiadomo, jaka jest właściwie skala tego zjawiska. Jest bardzo duże bezrobocie. Kraj jest wyniszczony wojną, nie ma przemysłu, większość produktów sprowadzana jest z zagranicy, zwierzęta pasą się na wysypiskach w środku miasta. Nawet po kotach i krowach widać biedę. W 2008 r. była susza, co automatycznie oznacza głód, a ostra zima oznacza setki zgonów z zimna. Jakie może być życie w takim kraju, w którym od 30 lat trwa wojna i jej końca nie widać?

Ale jest też tak, że my, Europejczycy, patrzymy na warunki życia innych społeczeństw przez pryzmat naszych własnych. Uważamy, że stoimy na najwyższym stadium rozwoju cywilizacyjnego, który mierzymy ilością posiadania sprzętów AGD i RTV i z tej drabiny patrzymy w dół na innych. Zakwalifikujemy jako biednego Afgańczyka, który nie ma mebli w domu i życie prowadzi na podłodze, je palcami i jako opału używa krowich odchodów. Jest to bardzo szkodliwe rozumowanie, prowadzące do stereotypów i krzywdzące. Taki Afgańczyk nie jest biedny, żyje i mieszka tak, jak w tamtych warunkach jest najlepiej i najwygodniej, umiejętnie korzystając z tego, co ma pod ręką. Życie jest owszem bardziej surowe i trudne, ale godne. Trzeba to umieć zobaczyć i odróżnić. Nie widziałam w życiu lepszego, tańszego i bardziej ekologicznego wynalazku do ogrzewania domu w zimie niż sandali, a chleb nie smakowałby z piekarnika elektrycznego tak, jak smakuje z glinianego tandora.

Biedne są oczywiście rodziny pozbawione męża, ojca. Wdowa żyjąca w mieście, bez opieki krewnych, z małymi dziećmi, a zwłaszcza dziewczynkami może w zasadzie tylko żebrać i to jest straszne i upokarzające. Chciałabym być dobrze zrozumiana. Bieda, a nawet skrajna nędza to zjawisko o bardzo dużej skali… rodziny posuwają się w skrajnych przypadkach do sprzedaży dzieci, ale nie wszystko, co widzimy, jest jej wyrazem.

Jaki jest stosunek Afgańczyków do pracowników organizacji humanitarnych, do kobiet w szczególności?

Pozytywny na ogół. Ale gdyby był negatywny, to by nam wprost tego nie powiedzieli, gościom nie mówi się nic złego. Nie są przeciwko organizacjom samym, ale efekty ich pracy czasem krytykują. Byłam świadkiem narzekań w wioskach, które odwiedzałam, szczególnie jeśli jakiś projekt nie został dokończony, zdarzają się też chybione projekty. Ale słyszałam równie wiele pochwal, więc trzeba sobie te wszystkie opinie wypośrodkować. Zdarza im się twierdzić, że „obcy” są po to, żeby szpiegować, okupować ich kraj albo na nim zarabiać, albo wprowadzać zachodnie wartości i styl życia, którego nie chcą. Nie wygłaszają takich poglądów otwarcie, ale podejrzewam że sporo osób tak myśli.

Działa kilkaset różnych zagranicznych i lokalnych organizacji pozarządowych i kilkudziesięciu donatorów, więc Afgańczycy mogą być też zniechęceni i zmęczeni przyjmowaniem niezliczonych „delegacji”, których wizyty kończą się często niczym. Większość organizacji pozarządowych nie ma własnych funduszy. Żeby komuś pomóc, trzeba napisać projekt, złożyć go i czekać na decyzję. Napisanie projektu poprzedza wiele wywiadów, trzeba zebrać różne dane, a gwarancji nie ma żadnych, że pieniądze będą przyznane. Często od razu widać, że wioska nie kwalifikuje się do projektu, bo np. w tym roku sponsor daje pieniądze na repatriantów, a tu gołym okiem widać, że potrzeby wielkie, ale repatriantów akurat brak. Zawsze, chcąc nie chcąc, robi się tym ludziom nadzieję, mimo że uprzedza się ich z góry, jak wygląda cały proces. Każda kolejna organizacja ma trudniej, bo ludzie już mniej chętnie udzielają informacji. Donatorzy wymyślają czasem zupełnie absurdalne priorytety, kierując się zachodnimi kryteriami i nie są w tym elastyczni. Wymogi są dość skomplikowane i to czyni je mało dostępnymi dla afgańskich organizacji pozarządowych. Przez trzy miesiące robiłam tzw. „badanie potrzeb” w kilkudziesięciu wsiach położonych w górskich dolinach w jednej z prowincji. Planowaliśmy składać wniosek na poprawę warunków sanitarnych i dostępu do wody pitnej, ale jak zaczynałam rozmawiać z mieszkańcami, to wszyscy bez wyjątku, jako najpilniejsze potrzeby wymieniali: drogę (chodzili po kilkanaście kilometrów piechotą), przychodnię i opiekę medyczną, a zwłaszcza położniczą (kobiety umierały przy bardziej skomplikowanych porodach) oraz prąd elektryczny. Tego typu inwestycje nie leżą w gestii organizacji humanitarnej, tym powinna zajmować się administracja państwa. Oczywiście ona się też nie zajmuje, więc to jest błędne koło. Odmawianie jest w takich sytuacjach naprawdę ciężkim przeżyciem. Dlatego dla organizacji ważne jest, żeby miała własne środki – wtedy będzie można nieść pomoc mądrze, niezależnie i szybko, bez zbędnej papirologii. Ale z tymi środkami też jest niełatwo, bo my, Polacy nie mamy ciągle jeszcze takich nawyków, żeby regularnie wspomagać organizacje pożytku publicznego.

Jestem sceptyczna do priorytetów typu: demokratyzacja, budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Są to oczywiście szczytne idee, których samych w sobie nie kwestionuję, ale w krajach, takich jak Afganistan nie są zrozumiałe, a i też do końca nie akceptowane. Proszę nauczyć kogoś w kilkanaście miesięcy, w kraju, który ma klanową strukturę społeczną i jest na domiar złego podzielony na bardzo liczne grupy etniczne, nawzajem się zwalczające, na czym polega społeczeństwo obywatelskie. W kraju, który nigdy nie był demokratyczny w zachodnim rozumieniu tego słowa i nigdy nie będzie.

Jako kobieta-szefowa nie spotkałam sie z niechętnym przyjęciem. Nie odczułam lekceważenia ani jakichkolwiek negatywnych reakcji. Kiedyś jeden z podwykonawców wyznał nawet, iż woli robić interesy z kobietami z Zachodu, ponieważ są uczciwsze. Nasi pracownicy lokalni przynosili czasem „plotki” na nasz temat, ale były to zawsze pozytywne opinie, najczęściej takie, że jesteśmy bardzo odważne. Fakt, bardzo często wyjeżdżałyśmy poza Kabul, jak to się mówiło u nas „na miękko”. W miejscach, gdzie pracowałyśmy, byłyśmy rozpoznawalne w całych społecznościach i zapraszane do prywatnych domów. To był zresztą ewenement, że nie było wtedy na misji żadnego mężczyzny – „ekspata” z Polski, a czasem by się przydał.

Jaka pomoc jest teraz potrzebna Afgańczykom?

Afgańczykom potrzebny jest przede wszystkim pokój i sprawny rząd z powszechnym poparciem. Organizacje tego niestety nie zapewnią, ale jak widać wojsko też nie może. Organizacje próbują wspierać ludność tam, gdzie ciągle na razie nie działa państwo, ale to przecież nie jest metoda na dłuższą metę. Trzeci sektor nie może zastępować państwa.

Jak ludzie będą mieli miejsca pracy i godziwą zapłatę, to sami sobie poradzą. Dotyczy to każdego kraju na świecie. Afgańczykom brakuje wykształconych, wykwalifikowanych elit, aby mogli wziąć odbudowę i kształtowanie kraju w swoje ręce, więc na przykład w edukacji jest duże pole do popisu. Stawia się szkoły, ale często nie ma kto w nich uczyć, trzeba szkolić kadrę, fundować stypendia, pokazywać rozwiązania, ale niczego nie narzucać. Trzeba pamiętać, żeby godnie traktować Afgańczyków – jak partnerów, podkreślam partnerów, a nie odbiorców pomocy. Nie „sprzedawać” im gotowych zachodnich „produktów”, przekonując, że tylko takie są najlepsze.

Wszystkie podmioty zagraniczne powinny między sobą i razem z rządem afgańskim koordynować wszystkie działania i postępować zgodnie ze strategią narodową, a nie działać poza nią, na własną rękę. Idealnie jest, jeśli rząd sam decyduje, na co przeznacza pomoc międzynarodową i właściwie wydatkuje pieniądze, ale rząd afgański ani do końca nie decyduje, ani nie działa sprawnie, na dodatek głównie dba o swoje kieszenie.

Powstaje sporo różnych raportów na temat efektywności pomocy, jeden z ostatnich, napisany przez dużą brytyjską organizację Oxfam wywołał nawet spory oddźwięk i po raz kolejny zwrócił uwagę na te same problemy, które społeczność międzynarodowa popełnia w każdym miejscu świata. Mówiło się w nim m.in., że ok 40 proc. środków pomocowych wraca z powrotem do kraju dawcy (tylko 20 dolarów na 100 wydanych trafia bezpośrednio do potrzebujących). Mówiąc prościej: rządowe agencje, np. USAID powierzają środki amerykańskim firmom, np. Louis Berger, które to bez przetargów dostają kontrakty na zawrotne sumy i budują kiepskiej jakości przychodnie, czerpiąc z tego zyski. Tego typu „wypaczenia” amerykańskie śledzi organizacja CorpWatch, ale to nie jest tylko przypadłość amerykańska. Raport Oxfamu mówi jeszcze o zarobkach rzeszy zagranicznych konsultantów, których średnia płaca wynosi rocznie ok. 250 tys. – 500 tys. dolarów; o dysproporcji w rozdziale środków pomocowych na poszczególne prowincje, najwięcej otrzymują te południowe, które są najbardziej niestabilne ze względu na trwające tam walki, więc siłą rzeczy te środki są zmarnowane. Mówi się o bardzo małej transparentności donatorów, spora część środków omija rząd. No ale tu bym się też nie dziwiła, skoro rząd sporo zabiera do kieszeni, to niektórzy wolą mu nie dawać. Takie błędne koło, ale wszystko ma swój awers i rewers. To naprawdę wszystko nie jest czarno-białe.

Ja osobiście uważam, że dopóki jakiś kraj nie jest bezpieczny i stabilny, a ogarnięty wojną, to inwestowanie w infrastrukturę i jakiekolwiek inne projekty, zwłaszcza w prowincjach, gdzie bardzo aktywnie działają rebelianci, jest wysoce karkołomne. To są praktycznie stracone pieniądze, co przyznał nawet jeden z generałów Polskiego Kontyngentu Wojskowego w Ghazni podczas telekonferencji w ramach Forum Transatlantyckiego w lutym tego roku. Zgadzam się z nim całkowicie. Poza tym mało kto zdaje sobie sprawę, że tak zwani talibowie takie obiekty po prostu niszczą, a dziewczynki idące do szkoły oblewają kwasem.

Jak duża jest pomoc społeczności międzynarodowej dla Afgańczyków?

Nie znam dokładnych kwot, można je pewnie znaleźć, są to w każdym razie miliardy dolarów. Koszt wdrożenia nowej Narodowej Strategii Rozwoju to ok. 50 mld dolarów, o które poprosił prezydent Karzaj w Paryżu, ale nie wiem, czy je otrzymał. Ten sam już wspomniany przeze mnie raport Oxfamu mówi o tym, że tylko część obiecanych od 2001 r. Afganistanowi środków była wypłacona do tej pory przez międzynarodowych donatorów. Można tam przeczytać też, że Stany Zjednoczone wydają na cele wojskowe 100 mln dolarów dziennie, podczas gdy dla porównania, środki na pomoc to 7 mln dolarów na dzień.

W Afganistanie pieniądze wykładają instytucje finansowe, np. Bank Światowy, MFW, duże banki azjatyckie, agendy rządowe, rozwojowe, ONZ, Komisja Europejska, wojsko – to bardzo duży rynek, ale marnie skoordynowany

Czy kontaktowałaś się z polskimi żołnierzami?

Polscy żołnierze stacjonują w Ghazni, daleko od Kabulu, więc nie ma bezpośrednich kontaktów z kontyngentem. Jest niewielka grupa żołnierzy w stolicy, w kwaterze głównej ISAF, ale oni nie mogą wychodzić w zasadzie poza bazę, kontakty są bardzo ograniczone. Na uroczystościach wigilijnych, wielkanocnych w polskiej ambasadzie spotykałam polskich oficerów. Przedstawiciele wojskowych zespołów ds. odbudowy (PRT) przychodzą na spotkania sektorowe w siedzibach gubernatorów w różnych prowincjach, gdzie zazwyczaj wymienia się informacje dotyczące projektów, żeby nie dublować pracy, ale w prowincjach, w których my pracowaliśmy, było tylko wojsko amerykańskie. W Afganistanie jest specyficzna sytuacja – większość organizacji unika współpracy z wojskiem. Mandatem wojska jest zapewnianie bezpieczeństwa, działania militarne, a nie zajmowanie się pomocą humanitarną, a tym bardziej rozwojową – tak argumentuje większość organizacji. Wojsko przyznaje otwarcie, iż pomoc służy dobremu PR. Jedną ręką zabijamy, drugą rozdajemy prezenty. Z ich punktu widzenia to zrozumiałe, z punktu widzenia organizacji pozarządowych nieakceptowale.

Czy – wg Ciebie – NATO zaprowadzi w Afganistanie porządek?

Ale co to znaczy zaprowadzić tam porządek? O jaki porządek chodzi? Może będzie kontrowersyjne to, co powiem, ale ironizując trochę, to za panowania talibów właśnie był porządek i spokój – to przynajmniej podkreślali Afgańczycy w rozmowach ze mną, natomiast teraz bez wątpienia panuje tam chaos, do którego NATO się bardzo przyczynia. Oczywiście nie usprawiedliwiam talibów, żeby była jasność, większość Afgańczyków też wcale nie chce ani islamskich kalifatów, ani emiratów. Po obaleniu talibów Afgańczycy powitali ISAF z ulgą, ale teraz sytuacja diametralnie się zmienia, poparcie maleje wprost proporcjonalnie do liczny zabitych cywilów i przedłużającej się wojny, na którą nie ma pomysłu.

Obawiam się, że NATO nie jest w stanie zapewnić pokoju i bezpieczeństwa Afgańczykom. Nad tym głowią się eksperci, politycy i wojskowi i jak dotąd nie wymyślili skutecznej strategii, mimo że prowadzą tej wojnę już 9 lat. Na pewno nie zaprowadzi się porządku powiększając kontyngent, wysyłając dodatkowe tysiące żołnierzy. To akcja–reakcja. Trzeba sobie zdawać sprawę że siła oporu rośnie wprost proporcjonalnie do siły naporu; większy sprzęt, silniejsze ładunki wybuchowe na drogach. Poza tym jeśli wojsko pali rolnikom pola makowe, to oni automatycznie zasilają szeregi talibów. Jeśli za porządek uznamy próby wprowadzenie tam demokracji w amerykańskim stylu, to nie dość, że jest to impertynencją, to nigdy nie będzie skuteczne. Afgańczycy nie są prymitywnymi dzikusami, mają instytucje, odpowiednie dla własnej tradycji i kultury, jak na przykład Loya dżirga, zgromadzenie wszystkich przywódców plemiennych, a przeprowadzenie pseudodemokratycznych wyborów prezydenckich w ubiegłym roku było farsą, jak się przekonaliśmy. O swojej polityce powinni sami decydować Afgańczycy. Pojawiają się nawet głosy, żeby rozmawiać z tak zwanymi talibami i pozwolić na udział we władzy, ale przecież nie może tego robić NATO, a tym bardziej za to płacić! To według mnie kompromitacja i bezczelność w stosunku do podatników, którzy te pieniądze mieliby wyłożyć.

I jeszcze jedno. Nie da się „zaprowadzić porządku” w Afganistanie bez rozwiązania problemów w całym regionie, a zwłaszcza w Pakistanie, a to stąd właściwie przybywają zamachowcy. Terenów na pograniczu pakistańskim, ale też tadżyckim nie da się kontrolować w tej chwili. W lutym bieżącego roku na Forum Transatlantyckim w Warszawie, podczas panelu: „Czy Polska skutecznie wykorzystuje zaangażowanie w Afganistanie?” ambasador Afganistanu w Polsce publicznie powiedział, że Afganistan poradziłby sobie, gdyby nie Pakistan i kilka tysięcy medres, produkujących ekstremistów. Nie wiem, czy nie za daleko się posunę w swoich analizach, ale jeśli popatrzyć na zamachy w Kabulu w ostatnich dwóch latach, to kilka z nich miało na celu indyjskie cele: ambasadę i ostatnio hotel zamieszkany przez Hindusów – nie wiem czy się pomylę, jeśli powiem, że Pakistan robi sobie poligon walki z Indiami na terenie Afganistanu.

Co należałoby – wg Ciebie – zrobić, by sytuacja polityczna i ekonomiczna w Afganistanie ustabilizowała się?

Cały świat się głowi i nie wie, tym bardziej ja. Nie ma co mówić o stabilizacji ekonomicznej, jeśli trwa wojna. Kraj rozwija się tylko w czasach pokoju, ale już zaczynam się powtarzać. Ale może nie dość powtarzać, że wojny to najgorsze z możliwych rozwiązań. Nie ma prostych rozwiązań na sytuację afgańską, wojska zachodnie są częścią problemu, a nie jego rozwiązaniem, chcąc, czy nie chcąc, biorą udział w wojnie domowej. Może szczególnie my, Polacy powinnyśmy optować za tym, aby skonfliktowane strony usiadły do „okrągłego stołu”, zamiast pisać kolejną, po Iraku, niechlubną kartę swojej historii, uczestnicząc w tej wojnie.

Jaką przyszłość ma Afganistan?

Mam nadzieję, że świetlistą. Ale nie sądzę, że w najbliższych latach zmieni się sytuacja, będą tylko rosły ofiary wśród afgańskich cywilów i żołnierzy koalicji i coraz głośniejsze będą protesty w Europie i Ameryce przeciwko tej wojnie. W końcu, kiedyś zapewnie NATO wycofa się, co już zapowiedziano zresztą, nie osiągnąwszy celu, dla którego weszło do Afganistanu, pozostawiając po sobie niechęć i dalszy wzrost nastrojów głównie antyamerykańskich. Potem świat zapomni o Afgańczykach i pozostawi ich sobie samych z problemami i sąsiadami, którym na rękę destabilizacja w regionie.

Życzę temu krajowi jak najlepiej, zwłaszcza pokoju, bo na niego zasługuje i mam nadzieję, że kiedyś będę mogła pojechać w wakacyjną podróż. Chciałabym zobaczyć grobowiec Shaha Durrani (ojca państwa afgańskiego) w Kandaharze i łuk Qala-e-Bost z XI wieku w Helmandzie, ale na razie są to najbardziej niebezpieczne miejsca.

* Niniejszy wywiad został opublikowany w 6 numerze miesięcznika “Opcja na Prawo” z 2010 r.

Jedna odpowiedź to “Demokracja nie jest rozwiązaniem dla Afganistanu”

  1. Rall pisze:

    Witam,
    Piszę prace o Afganistanie i poszukuje literatury odnoście etapów stabilizacji w Afganistanie. Czy mógłby Pan coś polecić w tej kwestii?

    Pozdrawiam

Zostaw odpowiedź

web stats stat24