Afrykańska pani prezydent*

Dwa tygodnie temu minęła pierwsza rocznica wyboru pierwszej kobiety na stanowisko głowy państwa w Afryce. 16 stycznia 2006 roku funkcję prezydenta Liberii (który jest równocześnie szefem rządu) objęła Helena Johnson-Sirleaf. W inauguracji udział wzięła m.in. pierwsza dama Ameryki Laura Bush i amerykańska sekretarz stanu Condoleezza Rice.

68-letnia Johnson-Sirleaf jest absolwentką ekonomii na Uniwersytecie Kolorado i administracji na Uniwersytecie Harwarda. W latach 70. była asystentem liberyjskiego ministra finansów, a w latach 1979-80 – ministrem finansów. W latach 80. była dwukrotnie więziona z powodów politycznych za krytykę reżimu Samuela Doe’a. Później pracowała na wysokich stanowiskach m.in. w Citibanku, w Banku Światowym i w ONZ. W 1997 roku przegrała wybory prezydenckie z Karolem Taylorem (aktualnie za zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości czeka na proces przed Międzynarodowym Trybunałem Karnym w Hadze), uzyskując zaledwie 10 proc. głosów. W listopadzie 2005 roku wygrała wybory prezydenckie (pokonując w pierwszej turze 21 innych kandydatów) z 19-procentową przewagą nad popularnym byłym piłkarzem Jerzym Weahem (59,6 proc. do 40,4 proc.). Kiedy obejmowała stanowisko prezydenta ponad 3-milionowej Liberii, kraj znajdował się w dwuletnim okresie przejściowym po 14-letniej wojnie domowej. W kampanii wyborczej Johnson-Sirleaf głosiła walkę z korupcją („korupcja pod moją administracją będzie głównym wrogiem publicznym”), zapewnienie bezpieczeństwa, pojednanie narodowe, rządy prawa oraz odbudowę gospodarczą („musimy stymulować aktywność w naszym sektorze produkcyjnym, górnictwie i rolnictwie poprzez stworzenie warunków, które przyciągną prywatne inwestycje i kapitał”). Po wyborach deklarowała: „Będziemy pracować, aby tworzyć nowe miejsca pracy. Pomożemy naszym farmerom wrócić na ich ziemię, aby mogli ją uprawiać, byśmy stali się samowystarczalni. Będziemy pracować, aby polepszyć warunki socjalne, włączając w to odbudowę elektryczności i wodociągów”.

Czy jej obietnice zostały spełnione? Częściowo. Po zakończonej w 2003 roku krwawej wojnie domowej gospodarka Liberii jest zrujnowana. Były lata, że w tej najstarszej afrykańskiej republice (uzyskanie niepodległości w 1847 roku) PKB malał rocznie w dwucyfrowym tempie. Przed wojną PKB na mieszkańca wynosił około tysiąc US$ i w jej wyniku spadł do poniżej aktualnych 140 US$. Jednak gospodarka powoli staje na nogi. W 2005 roku wzrost PKB wyniósł 5,3 proc., a w 2006 roku – już 8 proc. Dochody budżetowe zwiększyły się o 43 proc. do 120,9 mln US$ w latach 2006/7 (jeszcze rok temu informacje na temat finansów państwa były ściśle tajne, a pani prezydent, zgodnie z obietnicami, uczyniła je przejrzystymi i publicznie dostępnymi). Głównymi źródłami dochodów państwa są cła, opłaty z korzystania z taniej bandery oraz podatki dochodowe i od firm. Nie można również zapomnieć o pomocy międzynarodowej w wysokości 4 mln US$ od RPA i 1 mln US$ od Chin. Jak twierdzi Johnson-Sirleaf, w ciągu ostatniego pół roku zmniejszono krajowe wydatki rządowe. Ponadto walczy ona o to, by Liberii zostało anulowane zadłużenie, które wynosi 3,7 mld US$. Należy też zwrócić uwagę na fakt, że na Liberię nałożone jest embargo ONZ, zawężone niedawno co prawda do diamentów i niektórych rodzajów broni, ale nadal uderza ono w liberyjską gospodarkę mniejszymi dochodami w postaci podatków i opłat. Straty z tym związane szacuje się na 20 mln US$ rocznie oraz około 5-8 tys. utraconych miejsc pracy.

Już na początku rządów nowa władza wprowadziła 150-dniowy Narodowy Plan Działania, którego celem była odbudowa podstawowej infrastruktury. W wyniku tego planu przywrócono oświetlenie uliczne i udrożniono wodociągi w stolicy Monrowii. Poza tym naprawiono drogi i mosty zniszczone podczas wojny zarówno w miastach, jak i na terenach wiejskich. Jednak jest to niewielki postęp, biorąc pod uwagę, że tylko 9 proc. populacji ma dostęp do czystej wody pitnej, a jeszcze mniej do elektryczności. W porównaniu ze stanem sprzed wojny brakuje ponad 1700 szkół i ponad 500 szpitali (większość pomocy medycznej jest realizowanej przez międzynarodowe organizacje pozarządowe i agencje ONZ). Sądy borykają się z brakiem podstawowego wyposażenia, takiego jak maszyny do pisania czy papier. 80 proc. ludzi żyje poniżej granicy ubóstwa. Nieoficjalny poziom bezrobocia nadal sięga 85 proc., choć brakuje ludzi wykształconych, którzy, podobnie jak biznesmeni, w dużej mierze uciekli przed wojną za granicę. Najwięcej liberyjskich uchodźców wyemigrowało do sąsiednich państw: Gwinei, Wybrzeża Kości Słoniowej, Sierra Leone i Ghany.

Tymczasem rząd w ciągu roku zrewidował około 100 umów koncesyjnych pod kątem interesu narodowego, anulując lub renegocjując niektóre z nich. Jedną z takich umów było renegocjonowane porozumienie z koncernem stalowym Mittal Steel, co ma przynieść korzyść krajowej gospodarce w wysokości 900 mln US$. Wprowadzono też nowe prawa licencyjne dotyczące wycinki lasów i kopalin.

Otwarta korupcja została co prawda zmniejszona, ale to negatywne zjawisko nadal jest powszechne w większości ministerstw i agencji państwowych. Jednak widać postęp w tej materii, bo skorumpowani urzędnicy są stawiani przed sądem. Na przykład Wesley’a Johnsona, ambasadora w Wielkiej Brytanii i byłego wiceszefa tymczasowej administracji, oskarża się o zdefraudowanie 34 tys. US$, którymi miał opłacić edukację swojej córki w USA. Sama pani prezydent zwróciła ministerstwu finansów 19 tys. US$, których nie wykorzystała w ostatnim kwartale 2006 roku podczas swoich podróży zagranicznych. Cyrus Badio, rzecznik prasowy Johnson-Sirleaf, namawia pozostałych członków rządu, aby zrobili to samo.

Nowa administracja wprowadziła obowiązkowe nauczanie na poziomie podstawowym, co spowodowało 80-procentowy wzrost liczby dzieci uczęszczających do szkoły. Kraj może się poszczycić brakiem więźniów politycznych. Johnson-Sirleaf utworzyła Komisję Prawdy i Pojednania do zbadania zbrodni, które miały miejsce podczas wojny domowej. Jednak dla mieszkańców Liberii najważniejsze jest to, że mogą cieszyć się pokojem, który jest utrzymywany przez stacjonujące wojska ONZ w sile 15 tys. żołnierzy. Zakończono także rozbrajanie 100 tys. żołnierzy, ale większość z nich nadal nie ma pracy, co może być niebezpieczne dla dalszego rozwoju sytuacji. Równoczesne tworzone są 2-tysięczne siły zbrojne.

Lokalne media piszą, że Johnson-Sirleaf działa w dobrym kierunku, ale zmiany nie są wystarczająco szybkie. Liberyjczycy mówią teraz na nią „Matka Helena”. Kontrastuje to z przydomkiem „Żelaznej Damy”, jakim okrzyknięto ją w czasie wyborów w 1997 roku”, co było związane z jej żelazną wolą i determinacją. Miejmy nadzieję, że dalsze zmiany w Liberii, jednym z najbiedniejszych państw na świecie, pójdą jednak w dobrym kierunku i kraj wydobędzie się z nędzy, choć nie wszystkie dotychczasowe poczynania pani prezydent Heleny Johnson-Sirleaf wskazują, że tak się stanie.

* Artykuł ten został opublikowany w nr 5 „Najwyższego CZASu!” z 2007 r.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24