Skuteczna rogernomika*

Dwadzieścia dwa lata temu w Nowej Zelandii rozpoczęła się rewolucja – nowo wybrany prorynkowy rząd z Rogerem Douglasem jako Ministrem Finansów zaczął wprowadzać głębokie reformy gospodarcze, co całkowicie odmieniło oblicze tego kraju na antypodach. Średnioroczny wzrost gospodarczy na poziomie 0,9%, dwucyfrowa inflacja, gwałtownie wzrastające bezrobocie, 9-procentowy deficyt budżetowy, 6-krotny wzrost długu publicznego i 3-krotny wzrost kosztów jego obsługi do wysokości 19,5% wszystkich rządowych wydatków w ciągu 10 lat, przeregulowana gospodarka interwencjonizmem państwowym: rządowa kontrola cen, płac, czynszów, oprocentowania, wszechobecne niewydajne i nieefektywne monopole państwowe, wysokie podatki, rozbudowany system opieki socjalnej, wysokie taryfy celne utrudniające wymianę międzynarodową i wreszcie wzrastająca emigracja – to opłakany obraz Nowej Zelandii w 1984 roku. – Kryzys gospodarczy był tak wielki – wspomina Richard Prebble, ówczesny minister transportu, finansów i zarządzający majątkiem państwowym – że rządzący mieli jedynie dwa wyjścia: poprosić Międzynarodowy Fundusz Walutowy o pomoc lub próbować samemu rozwiązywać te problemy. Nowy rząd był zdeterminowany, by nie brać pierwszego wariantu pod uwagę, ale to oznaczało, że szybko musimy podjąć efektywne i radykalne reformy. W tym okresie oczywistym było, że lewicowe pomysły na rządzenie, które realizowały kolejne konserwatywne rządy, nie sprawdziły się i pogłębiały tylko kryzys.

Zrozumiały to nawet związki zawodowe. Społeczeństwo domagało się zmian. Dlatego Partia Pracy była zdecydowana gruntownie zreformować kraj. Obniżono podatki, zderegulowano i zliberalizowano gospodarkę, rozpoczęto prywatyzację. Po uwolnieniu rynku pracy bezrobocie spadło w Nowej Zelandii z 11% w 1991 roku do 3,6% w 2005 roku. Od 1988 do 2003 roku wydatki rządowe zmniejszono z 52% do 36% PKB. Wysoki deficyt zamienił się na nadwyżkę budżetową, która teraz wynosi 6% PKB i ma być jeszcze wyższa. Dług publiczny zmniejszył się z ponad 50% do 21% PKB w 2005 roku i jest jednym z najniższych wśród krajów OECD. Po zlikwidowaniu dotacji do rolnictwa i barier importowych ta gałąź gospodarki zwielokrotniła eksport swoich produktów. W ciągu 17 lat międzynarodowa wymiana handlowa Nowej Zelandii zwiększyła się o 300%. Inflacja jest minimalna (1,5% w II kwartale br.), prywatyzacja okazała się sukcesem, a problem korupcji niemal nie istnieje. Liczba mieszkańców zwiększyła się z 3,5 mln w 1992 roku do 4,1 mln w 2005 roku, podczas gdy w Europie następuje systematyczna depopulacja, a polskie władze do niedawna zachęcały do emigracji, co było totalnym nieporozumieniem. Rogernomika (termin ukuty od imienia Rogera Douglasa na wzór reaganomiki w USA) idealnie spełniła swoje zadanie. Sukces Nowej Zelandii po raz kolejny udowodnił, że wolny rynek działa doskonale i jest najlepszym narzędziem na szybki wzrost dobrobytu.

UWOLNIĆ ROLNICTWO

Nowozelandzcy politycy, w przeciwieństwie do unijnych, dawno temu zrozumieli, że nie da się tworzyć bogactwa poprzez dotacje i subwencje państwowe. Nowa Zelandia zastosowała całkowicie przeciwną polityką rolną do tej, którą aktualnie prowadzi Unia Europejska. Z jednej strony rolnicy nie otrzymują od państwa wsparcia w postaci subsydiów dla rolnictwa czy tanich, niskooprocentowanych pożyczek, zlikwidowano ceny minimalne na produkty rolne, a z drugiej strony przed zagraniczną konkurencją nie chronią ich taryfy importowe (obecnie na ponad 90% wszystkich importowanych towarów do Nowej Zelandii nie ma żadnych restrykcji administracyjnych). Zlikwidowano także dotacje do eksportu. Farmerzy muszą liczyć tylko na siebie. Po wprowadzeniu tych zmian rolnicy nie zbankrutowali, rynek rolny się nie zawalił, a konsumenci płacą niższe ceny za żywność niż mieszkańcy Europy Zachodniej, gdzie produkcja rolna jest z jednej strony silnie dotowana, a z drugiej – chroniona barierami celnymi. Co więcej, eksport produktów rolnych z Nowej Zelandii rozwinął się nadspodziewanie. W 1984 roku wynosił on niecałe 5,5 mld NZD, a w 2004 roku już 15,3 mld NZD.

– Rolnictwo stanowi około 5% gospodarki, a przynosi aż 53% dochodów z eksportu – mówi Rogerr Kerr, prezes wolnorynkowego think tanku New Zealand Business Roundtable z Wellington.

Było to możliwe dzięki zwiększeniu konkurencyjności na rynku światowym i produktywności nowozelandzkich gospodarstw rolnych, która rosła w tempie 6% rocznie. Aktualnie krowy dają o jedną trzecią więcej mleka niż 20 lat temu. Produkcja jagniąt wzrosła o 12%, mimo że pogłowie owiec spadło o 40%, ponieważ wcześniej owce były hodowane głównie w celu otrzymania dotacji. Podobnie jak teraz 20% dotowanych farmerów w Unii Europejskiej to ludzie, którzy nie byli rolnikami i kupili ziemię tylko po to, by otrzymywać dofinansowanie z Brukseli. W Nowej Zelandii wielu farmerów, którzy hodowali owce, przerzuciło się na chów jeleniowatych. Skutkiem reformy jedynie 1% rolników nie umiało sobie poradzić w wolnorynkowych warunkach, a pozostałe 99% wypracowało wysokie zyski.

– Każdy związany z sektorem powie, że reformy były bardzo korzystne. Trudno byłoby znaleźć farmera, który chciałby powrotu systemu dotacji – twierdzi Roger Kerr.

ZLIKWIDOWAĆ BEZROBOCIE

Jeszcze w 1991 roku w Nowej Zelandii bezrobocie było na bardzo wysokim, jak na miejscowe standardy, poziomie i wynosiło 11%, a przez kraj przetaczały się fale strajków. Wtedy zdecydowano się przyjąć ustawę o kontraktach pracy (Employment Contracts Act), która całkowicie zliberalizowała rynek pracy.

- Ustawa o kontraktach pracy ustanowiła prawie całkowitą wolność w zakresie umów o pracę – twierdzi Rodney Hide, poseł i lider liberalnej Partii Podatników i Konsumentów. – W ten sposób został zderegulowany rynek pracy.

Odtąd zarówno pracodawca, jak i pracownik przy podpisywaniu umowy o pracę nie są związani ustawowymi przepisami. Aby umowy o pracę mogły być dostosowywane do konkretnych warunków konkretnego przedsiębiorstwa, konkretnego pracownika w konkretnym rejonie kraju, zrezygnowano z ogólnokrajowych umów zbiorowych w poszczególnych branżach przemysłowych. Ponadto w Nowej Zelandii nigdy nie było kodeksu pracy, a związki zawodowe zostały zmarginalizowane. Zlikwidowano obowiązkową przynależność do związków zawodowych i przekształcono je w prywatne stowarzyszenia bez specjalnych przywilejów oraz jednocześnie utraciły one dotychczasowy monopol na negocjacje płacowe. Zredukowano prawo do strajków. Uzwiązkowienie zmniejszyło się z 43,5% w 1985 roku do 19% w 1997 roku i aktualnie ustabilizowało się na poziomie 21%. Pozostawiono jedynie instytucję płacy minimalnej, której poziom niestety ciągle podwyższano i aktualnie wynosi 10,25 NZD, czyli około 20 zł za godzinę pracy. Formalności zatrudnienia pracownika tak zminimalizowano, że nowo zatrudniający się nie musi nawet mieć miejsca zamieszkania, nie mówiąc o innych papierkowych robotach wymaganych w Polsce. Skutkiem przyjęcia ustawy był też gwałtowny spadek straconych dni roboczych poprzez strajki – ze średnio 266 tys. rocznie przed wprowadzeniem ustawy do niecałych 12 tys. w 1998 roku. Od tej pory, jak pisze w swojej książce Turning pain into gain Deborah Coddington, nowozelandzka dziennikarka i polityk, członkini Partii Konsumentów i Podatników, „rynek będzie ostatecznie chronił pracowników od bycia wykorzystywanym przez pracodawców. Firmy, które nie będą płaciły rynkowych stawek – to znaczy opartych na wartości pracownika z uwzględnieniem jego lub jej umiejętności i doświadczenia – stracą pracowników”.

Na niskie bezrobocie wpływa także fakt, że prywatną firmę można założyć w Nowej Zelandii w ciągu jednej godziny, nie ponosząc przy tym niemal żadnych kosztów. Wystarczy się zarejestrować i już można prowadzić biznes.

- Ja również założyłem firmę – opowiada jeden z Nowozelandczyków. – Przez Internet w ciągu jednej nocy. Następnego ranka byłem już zarejestrowany w urzędzie skarbowym i miałem konto bankowe. To wszystko, czego potrzebowałem i już następnego dnia mogłem zacząć handlować. W ten oto sposób powstały setki, tysiące małych firm.

Między 1997 a 2005 rokiem liczba zarejestrowanych firm wzrosła z 256 tys. do 366 tys., czyli o 43%.

Do 1995 roku, czyli w ciągu 4 lat od uchwalenia ustawy o kontraktach pracy, bezrobocie w Nowej Zelandii spadło do poziomu 6,1%, a od kilku lat wynosi poniżej 4% (z czego większość niepracujących to Maorysi), co oznacza, że nie licząc Korei Południowej jest najniższe wśród krajów OECD. W grudniu 2005 roku pracowało 73,5% Nowozelandczyków, podczas gdy w USA wskaźnik ten był w tym czasie na poziomie 71,2%, w Niemczech – 65,5%, we Francji – 62,8%, a w Polsce – zaledwie 51,9%.

– Po wprowadzeniu ustawy było o wiele łatwiej znaleźć pracę – mówi Roger Kerr.

Co więcej, w Nowej Zelandii brakuje pracowników i władze namawiają młode osoby (głównie studentów lub absolwentów) z krajów Europy Zachodniej (głównie z Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemiec, Francji) oraz z Ameryki Południowej (Chile, Argentyny), aby zgłaszały się po roczne wizy pozwalające im podjąć pracę. Są to przede wszystkim miejsca pracy związane z rolnictwem (np. przy zbiorze owoców) oraz rozwiniętym przemysłem turystycznym (w hotelach, restauracjach, sklepach, przy atrakcjach turystycznych).

PRYWATYZOWAĆ

Nowa Zelandia w większości rankingów gospodarczych, obok Hongkongu, Singapuru, Stanów Zjednoczonych, Chile czy Estonii, plasuje się na czołowych pozycjach, jeśli chodzi o wolność gospodarczą. W najnowszym zestawieniu Banku Światowego z grudnia 2005 roku wśród 155 krajów na świecie Nowa Zelandia uzyskała pierwszą pozycję – jako kraj najbardziej przyjazny dla prowadzenia biznesu. Tutaj szanuje się własność prywatną, nie szasta się pieniędzmi podatników jak w Unii Europejskiej, a większość państwowego majątku jest sprywatyzowana. W ręce prywatne oddano między innymi ubezpieczenia, banki, telekomunikację, koleje, linie lotnicze, huty, stacje radiowe, pocztę, kopalnie, petrochemię, stocznię, gospodarkę leśną, transport publiczny, elektrownie, hotele oraz wydawnictwa. Firmy te, w większości monopole, będąc w rękach państwa, co roku przynosiły olbrzymie starty finansowe.

- Zorientowałem się, że państwowe biznesy, które w Nowej Zelandii mają 150-letnią historię, gdyby wziąć je razem, to by się okazało, że nigdy nie generowały zysków. Nigdy! – podsumowuje Richard Prebble.

W swojej książce Now it’s time to act Prebble przytacza anegdoty opisujące marnotrawienie pieniędzy podatników przez państwowe firmy. Kiedyś jako minister kolei, otrzymał list od pewnego farmera, skarżąc się, że państwowe koleje zgubiły jego traktor, przewożąc go z Hamilton do Taumaranui. Po kilku tygodniach bezowocnej interwencji, farmer poddał się i przestał prosić o pomoc biurokratów. Wsiadł w swój samochód i przez tydzień jechał wzdłuż torów, szukając traktora. W końcu znalazł go na bocznicy, a oprócz tego jeszcze sześć innych wagonów, które kolej również zgubiła.

Nowozelandzkie państwowe koleje posiadały wartościowe tereny w każdym większym mieście, które w większości zarastały chwastami. Któregoś dnia Prebble zarządził zrobienie spisu nieruchomości. Na końcu jednej z nieużytkowanych od 20 lat linii odkryto magazyn. W magazynie tym pracował magazynier, trzymając pełny inwentarz potrzebny do obsługi linii. Kiedy produkty przeterminowywały się, zgodnie z przepisami kolejowymi, usuwał je i zamawiał nowe. Nikt przez 20 lat nie kwestionował dostaw do tego magazynu.

W innej historii Prebble opisuje, jak jako minister kolei leciał samolotem z człowiekiem, który przedstawił się jako reprezentant dużej firmy komputerowej, która miała podpisać z państwowymi kolejami wielomilionowy kontrakt na dostawę systemu komputerowego do obsługi bardzo skomplikowanego systemu płac. Biznesmen chwalił się, że nowozelandzka kolei będzie miała najlepszy system komputerowy do obsługi płac. Pracownicy kolei rzeczywiście mieli najbardziej skomplikowany system wynagradzania: otrzymywali podstawowe pensje, pieniądze na środki czystości, za pracę na zmiany, za nadgodziny, za pracę w niebezpiecznych warunkach, postojowe, dodatki na święta itp. Nikt w rzeczywistości nie wiedział, ile powinien dokładnie zarabiać. Do obsługi tego systemu potrzebna była armia urzędników. Prebble postanowił uprościć system wynagradzania i nie kupować systemu komputerowego, który stał się niepotrzebny. Przedstawiciel firmy komputerowej musiał przeklinać dzień, w którym przedstawił się ministrowi w samolocie, bo przez to stracił wielomilionowy kontrakt.

W latach 80. XX wieku większość połączeń telefonicznych w Nowej Zelandii, które obsługiwała, mająca monopol, państwowa firma telekomunikacyjna, odbywało się  manualnie, a nie automatycznie. Ludzie miesiącami czekali na telefon. Urzędnicy postanowili kupić w Szwecji odpowiedni system komputerowy. Samo przetłumaczenie programu na język angielski kosztowało milion dolarów nowozelandzkich. Pełny koszt to 37 mln dolarów. Richard Prebble, jako minister przedsiębiorstw państwowych, spytał się generalnego menadżera odpowiedzialnego za system, czy będzie on dobrze działał. Menadżer odpowiedział, że nie. Wtedy Prebble zapytał, dlaczego nie anulował tak drogiego, a równocześnie niespełniającego potrzeb programu. Menadżer odparł: „Jak można anulować program kosztujący 37 mln?”.

Po prywatyzacji nowozelandzkie firmy stały się bardziej efektywne i wydajne, a przez to i konkurencyjne, a swoje wysiłki skupiły na dogadzaniu klientowi, a nie na zajmowaniu się polityką. W latach 1987-99 sprzedano państwowy majątek o wartości ponad 19 mld NZD. Dochody z prywatyzacji przeznaczano w dużej mierze na spłatę zadłużenia publicznego. Jak ocenił Roger Kerr, „Większość nowozelandzkich prywatyzacji była sukcesem, w sensie wartości dodanej do gospodarki, zmniejszenia cen, polepszenia usług dla konsumentów i zwiększenia rentowności przedsiębiorstw”. Już sama komercjalizacja wielu publicznych przedsiębiorstw spowodowała, że stały się one rentowne, mimo (a może właśnie dzięki temu) cofnięcia im państwowych dotacji. Motywem działań nowo utworzonych tak zwanych SOE (State-Owned Enterprises) przestały być naciski polityczne, a zaczęto brać pod uwagę jedynie kalkulację ekonomiczną. Głównym celem istnienia tych przedsiębiorstw stało się generowanie zysków, a nie dawanie zatrudnienia ludziom. Dzięki temu przedsiębiorstwa te znacznie odchudziły swoje załogi i zaczęły przynosić zyski, jakość ich produktów i usług zdecydowanie się polepszyła, a ich ceny spadły.

- Politycy wykorzystują władzę w państwowych firmach, aby stać się popularnymi – opowiada Richard Prebble. – Kiedy miałem do czynienia z państwową firmą telekomunikacyjną, to odkryłem, że istniało 100 tys. darmowych linii telefonicznych. Ponieważ w rzeczywistości nie mogły być darmowe, to płacili za nie użytkownicy innych telefonów. W ten sposób politycy bezkosztowo tworzyli elektorat. Politycy przez ostatnie 70 lat podczas kampanii wyborczych rozdawali darmowe telefony różnych grupom wyborców. Szkoły miały darmowe telefony, pracownicy firmy telekomunikacyjnej mieli darmowe telefony, nawet byli pracownicy telekomunikacyjni na emeryturze mieli darmowe telefony. Ja to zatrzymałem: „Koniec z darmowymi telefonami. Każdy musi płacić za siebie”. To samo było z kolejami. W jednej z linii kolejowych 25% pasażerów miało darmowe bilety. I to działało w ten właśnie sposób.

Jest jeszcze jedna istotna kwestia, nad którą powinni się zastanowić politycy rządzący w krajach Unii Europejskiej i wziąć przykład z małej, 4,1-milionowej Nowej Zelandii. Większość krajów w Europie m.in. Francja, Niemcy, Polska, Grecja czy Włochy, podobnie jak Nowa Zelandia w latach 80. XX wieku, ma wysoki deficyt budżetowy. Jednak na antypodach obniżono oraz uproszczono podatki i zgodnie z krzywą Laffera w 1994 roku pojawiła się pierwsza nadwyżka w wysokości 755 mln NZD, rok później wyniosła ona już 2,7 mld NZD, a w 2006 roku osiągnęła rekordowy poziom 8,5 mld NZD, czyli około 17 mld zł, co stanowi około 6% PKB. W ciągu najbliższych 4 lat prognozowana jest nadwyżka budżetowa w wysokości 21 mld NZD (42 mld zł). Każdego roku rząd zabiera przeciętnemu gospodarstwu domowemu 4 tys. NZD (8 tys. zł) więcej, niż wydaje. Politycy spierają się, co zrobić z nadwyżką. Jak ją wykorzystać? Liberalna Partia Konsumentów i Podatników domaga się jej zwrócenia podatnikom poprzez obniżenie stawek podatkowych w podatku dochodowym od osób fizycznych do dwóch stawek: 25% i 15%, a także innych podatków, np. od firm czy podatków nałożonych na paliwa, co spowodowałoby dodatkowy wzrost gospodarczy. Zdaniem Rodney’a Hide’a spowodowałoby to wzrost dochodów przeciętnego pracownika o 7% (40 NZD, czyli 80 zł tygodniowo, tj. o 2 tys. NZD, czyli 4 tys. zł rocznie) oraz pobudzenie gospodarki i jej dodatkowe przyspieszenie o 1-1,5% PKB. Niestety rządząca lewicowa Partia Pracy, z panią premier Helen Clark na czele, ma inne plany – dalsze rozszerzanie, i tak już rozbuchanych w ostatnich latach wydatków socjalnych państwa m.in. na publiczną służbę zdrowia i opiekę społeczną.

Mimo to w Nowej Zelandii symboliczny Dzień Wolności Podatkowej, czyli dzień, od którego podatnicy zaczynają pracować na siebie, a nie na rząd, w tym roku wypada 22 maja. Dla porównania w Polsce – 24 czerwca, a w niektórych innych krajach Unii Europejskiej nawet pod koniec lipca. Jednak Nowozelandczycy wolą porównywać się do mieszkańców Australii, gdzie w tym roku dzień ten wypada 11 dni wcześniej niż u nich, do mieszkańców Irlandii, gdzie wyliczono go na 9 maja, czy do Amerykanów, którzy w niektórych stanach mogą świętować już w pierwszej połowie kwietnia.

ZLIKWIDOWAĆ KORUPCJĘ

W przygotowanym w 2005 roku przez Transparency International Indeksie Odczuwania Korupcji Nowa Zelandia zajęła drugie miejsce na świecie (tuż po Islandii), uzyskując 9,6 punktu na 10 możliwych (Polska uplasowała się na 70. pozycji na równi m.in. z Burkina Faso, Lesotho, Syrią i Arabią Saudyjską). Oznacza to, że problem korupcji w Nowej Zelandii nie istnieje. Fakt ten potwierdza Richard Prebble:

- Mnie nikt nigdy nie proponował łapówki. Ja nigdy w ciągu całego życia nie dałem nikomu łapówki i nawet nie wiedziałbym, jak to zrobić, czy ile by to miało być. Kiedy byłem na granicy chińskiej, to celnicy powiedzieli mi, że mam złą wizę. Dopiero po fakcie domyśliłem się, że oni po prostu chcieli ode mnie łapówkę.

Co zrobić, aby nie było korupcji?

- Jeśli nie chcesz mieć korupcji – kontynuuje Prebble – przede wszystkim musisz mieć nieskorumpowanych sędziów. Aby to osiągnąć, trzeba im bardzo dobrze płacić i zapewnić wysokie emerytury. Sędziowie w Nowej Zelandii mają wyjątkowo dobre emerytury. Ponadto bardzo ważne jest, by również policja była dobrze opłacana. Jeśli wymiar sprawiedliwości i policja są nieskorumpowani, wtedy uczciwy jest cały system, więc nikt nie będzie w stanie skorumpować władzy.

Nie opłaca się brać łapówek, bo ma się zbyt wiele do stracenia.

Z pewnością ogromną rolę w utrzymaniu uczciwości wśród politycznych elit spełnia też fakt, iż nowozelandzka gospodarka została zderegulowana. W tej dziedzinie od 1984 roku reformy objęły m.in. usunięcie kontroli płac, cen, oprocentowania i zysków, likwidację licencjonowania importu, ceł, dotacji do eksportu i do firm, uwolnienie rynku finansowego, wprowadzenie płynnego kursu wymiany dolara nowozelandzkiego. Tak więc likwidując korupcjogenne przepisy, urzędnicy państwowi utracili możliwość domagania się łapówek od interesantów.

- Jest niski poziom korupcji, bo nie ma powodów do łapówkarstwa, ponieważ nie ma konieczności otrzymywania pozwoleń od władz, aby prowadzić większość biznesów – opowiada Peter Neilson, były minister w reformatorskim rządzie, a aktualnie prezes wykonawczy Nowozelandzkiej Rady Biznesu ds. Wspierania Rozwoju.

W Nowej Zelandii na każdym kroku czuje się uczciwość. Sprzedawcy czy kelnerzy nie oszukują przy wydawaniu reszty pieniędzy. Ludzie są prawdomówni, słowni i punktualni. Witryny sklepowe nie mają krat, ani nawet w nocy nie są chronione żaluzjami antywłamaniowymi. Wandalizm praktycznie nie istnieje, nie widzi się zniszczonych znaków drogowych ani wybitych szyb, czy śmieci na ulicach i szlakach turystycznych, a wszystkie ubikacje publiczne są wyjątkowo czyste. Kradzieże oczywiście się zdarzają, ale są tak rzadkie, że na parkingach w odludnych miejscach (np. w lesie na początku szlaku turystycznego) są specjalne ostrzeżenia, by ludzie z przyzwyczajenia nie zapomnieli zamknąć swojego samochodu na kluczyk i na widocznym miejscu nie zostawiali w aucie wartościowych przedmiotów!

Jeśli było możliwe przeprowadzenie wolnorynkowych reform, które okazały się sukcesem w Nowej Zelandii, to dlaczego nie zrobić tego samego w Polsce? Niestety do utrzymywania systemu dotacji do rolnictwa, a także wysokich ceł na niektóre produkty zmusza nas Unia Europejska. Ale wiele reform na rynku pracy, zmniejszenie podatków czy deregulacja biznesu i zwiększenie wydatków na wymiar sprawiedliwości oraz policję byłby możliwy bez specjalnych zezwoleń z Brukseli. Niestety to już jest kwestia naszych aktualnych elit politycznych z PiS, LPR czy Samoobrony, dla których słowo „liberał” to największa obelga, a wyrażenia „liberalizacja”, „prywatyzacja”, „globalizacja” czy „wolny rynek” są synonimem katastrofy gospodarczej.

* Artykuł ten (w skróconej wersji) został opublikowany w nr 42 tygodnika „Najwyższy CZAS!” z 2006 r.

Jedna odpowiedź to “Skuteczna rogernomika”

  1. Leszek pisze:

    Już bym jechał …..

Zostaw odpowiedź

web stats stat24