A jednak powrócił do Czeladzi*

W poprzednim numerze „Opcji na Prawo” opisałem wojenne losy mojego dziadka Jana. W niniejszym artykule przedstawię szlak bojowy mojego drugiego dziadka Henryka, który był saperem w 1 Polskiej Dywizji Pancernej gen. Maczka. Opowiem również o jego wcześniejszych losach wojennych: ucieczce z Polski w 1939 roku przez Bieszczady, niewoli na Węgrzech, pobycie we Francji w 1940 roku oraz szkoleniu w polskim wojsku w Szkocji aż do inwazji w Normandii w 1944 roku.

Przed wojną dziadek Henryk po skończeniu 7 klas szkoły podstawowej poszedł do szkoły zawodowej uczyć się stolarki. Należał też do Orląt w Związku Strzeleckim w Czeladzi. Kiedy wybuchła II wojna światowa, miał niecałe 17 lat. Ze starszymi kolegami szukał Wojskowej Komendy Rejonowej. Tymczasem z Będzina najpierw przenieśli ją do Wolbromia, potem do Miechowa i w końcu do Kielc. Kiedy dziadek z kolegami przyjechał do Kielc, miasto było bombardowane przez LuftwaffeDziadek Henryk (m.in. stacja kolejowa). Tam dziadek spotkał kolegę, który należał do Amatorskiego Towarzystwa Sportowego w Czeladzi. – Poradził mi, abym zdjął mundur strzelecki, bo Niemcy mnie zaaresztują i pójdę siedzieć, więc zamieniłem go na cywilne ubranie – wspominał dziadek. Po kilku dniach – 15 września 1939 roku – chłopcy wrócili do Czeladzi. Tutaj został już odbudowany most, który był wysadzony w powietrze przez Związek Strzelecki, kiedy Niemcy mieli wejść do miasta. Dziadek dowiedział się, że musi się zarejestrować w Będzinie jako bezrobotny. Co wtorek trzeba było się zgłaszać po zasiłek w wysokości 7,23 zł. Natomiast każdy, kto kilka razy pobierał tę zapomogę, był brany do Niemiec na roboty. – Kiedy po raz kolejny przyszedłem po pieniądze – opowiadał dziadek – to kazali mi się ustawić do drugiej kolejki, gdzie rejestrowano ludzi na roboty do Niemiec. Udało mi się uciec i jeszcze dwa razy wziąłem zasiłek. Dziadek musiał zgłaszać się po zapomogę, bo w przeciwnym wypadku do domu przyszłaby kontrola i nastąpiło aresztowanie. Kiedy przyszedł ósmy raz, zauważył go niemiecki policjant, chwycił mocno za kark i zaprowadził na sam początek długiej kolejki ludzi, która stała po skierowanie wyjazdu do Niemiec. Kazano mu się stawić w najbliższy piątek na dworcu kolejowym w Będzinie.

UCIECZKA PRZEZ BIESZCZADY

Tymczasem dziadek z trzema kolegami z Amatorskiego Towarzystwa Sportowego z Czeladzi byli już umówieni, że gdy dostaną skierowanie, to uciekną za granicę, aby wstąpić do polskiego wojska. Dowiedzieli się, że najłatwiej można przejść nielegalnie granicę w Bieszczadach. Nie żegnając się nawet z rodzinami, koledzy pojechali pociągiem przez Sosnowiec, Dąbrowę Górniczą, Ząbkowice do Krakowa, a z Krakowa do Zagórza w Bieszczadach. Na miejscu wysiedli na stacji kolejowej i ruszyli w kierunku lasu. Pod lasem była zagroda, gdzie chcieli posilić się śniadaniem. Tam chłopcy dostali chleb z masłem i mleko. Okazało się, że była to posiadłość-leśniczówka miejscowego dziedzica, który był majorem wojska polskiego. Jednak nie ufając mu, goście skłamali, że handlują kamieniami do zapalniczek. Jednak major szybko się zorientował, o co chodzi i spytał, czy chcą uciec za granicę. Powiedział im, gdzie powinni iść i co zrobić. Poganiał swoich gości, ponieważ o godzinie 10 spodziewał się niemieckich żołnierzy, którzy mieli przyjechać do niego na polowanie. – Przeprowadzi was przez las mój leśniczy, ale uważajcie na niego, bo nie jestem pewien, czy nie przekupili go Niemcy. Nie mówcie mu, dokąd idziecie – ostrzegał oficer. – Pójdziecie przez las i dojdziecie do Baligrodu. Tam już jest granica polsko-węgierska (w 1939 roku Niemcy rozpoczęły okupację Czech i Moraw, a Węgry anektowały część Słowacji i w tym miejscu granica polsko-czechosłowacka zamieniła się na polsko-węgierską). W Baligrodzie – kontynuował major – pójdziecie do księdza proboszcza i on da wam dalsze wskazówki.

Leśniczy przez dwie godziny prowadził chłopców i okazał się człowiekiem honoru – nie był niemieckim szpiegiem. Do księdza poszedł jeden z kolegów, który był ministrantem. Ksiądz kazał im pojedynczo, aby nie wzbudzać w Niemcach podejrzeń, iść do przewodnika, który miał przeprowadzić ich przez granicę. W domu przewodnika drzwi otworzyła jego żona. Żałowała, że nie przyszli dwie godziny wcześniej, bo wtedy mąż poszedł przeprowadzić przez granicę dwóch oficerów i mógł również zabrać ze sobą chłopców. Kiedy jedli swoją kiełbasę, czekając na przewodnika, przyszedł Józek, zięć gospodyni, który już dwa lub trzy razy szedł z teściem, przeprowadzając ludzi przez zieloną granicę. Teściowa namówiła go, żeby tym razem sam poprowadził chłopaków. Poszli w góry. Był listopad i dużo śniegu, nawet jak na tę porę roku. Przez trzy godziny krążyli w kółko, ponieważ Józek zgubił drogę. Wtedy chłopak powiedział, żeby na niego poczekać, a tymczasem on miał dowiedzieć się, gdzie jest dalsza droga. Więcej go nie widzieli. Było bardzo zimno i nadszedł wieczór, więc rozpalili ognisko, aby się ogrzać. Dziadek miał mokre buty i suszył je przy ognisku. Niestety potem podeszwy zaczęły się rozchodzić. Chłopcy płacząc, doczekali do rana. Stracili jakąkolwiek nadzieję, ale doszli do drogi. Tam stało trzech niemieckich żołnierzy z owczarkiem niemieckim. Zatrzymali chłopaków, którzy skłamali, że uciekają z polskich terenów okupowanych przez ZSRR. Okazało się, że to byli volksdeutsche – Ślązacy. Chłopcy zostali wzięci na posterunek. Tam dostali herbatę i chleb ze smalcem i kazali im czekać na przesłuchanie. Przesłuchujący nie uwierzył w bajeczkę i chłopcy przyznali się, że są z Czeladzi. Otrzymali darmowe bilety na pociąg z Cisnej do Będzina. Jednak po takiej przygodzie chłopcy ani myśleli wracać do domów i poszli z powrotem do Baligrodu do leśniczówki. Kiedy zobaczyła ich gospodyni i Józek, to oboje zaczęli płakać. W leśniczówce posiedzieli do wieczora. W tym czasie przyszedł jeszcze jeden człowiek z Katowic.

POBYT NA WĘGRZECH I WE FRANCJI

Następnego dnia leśniczy przeprowadził chłopców do granicy. Szli około dwóch godzin. Dalej leśniczy kazał im iść samym i dał odpowiednie wskazówki, aby nie doszli do granicy ze Słowacją, która również była blisko, bo wtedy mogliby mieć kłopoty. Po dalszym marszu przez las chłopcy po lewej stronie zauważyli budynek – chłopską, góralską chatę, krytą słomą. Nie wiedzieli, czyja jest ta chata, więc zastukali. Okazało się, że wewnątrz spała węgierska straż graniczna. Powiedzieli im, że chcą dostać się do polskiego wojska. Strażnicy odrzekli, że następnego dnia zabiorą chłopców do koszar – 3-4 km dalej. Prosili tylko, aby nie ujawniać w koszarach, że strażnicy spali na służbie, tylko powiedzieć, że złapali uciekinierów. Tak też się stało. W koszarach chłopcy zostali dobrze przyjęci, dostali jedzenie. Przebywało tam około dwustu Polaków, którzy uciekli z Polski, aby zaciągnąć się do polskiego wojska na Zachodzie. Któregoś dnia Węgrzy załadowali ich na dwa wagony i przewieźli do Budapesztu. Tam podstawiono specjalne autobusy i zawieziono Polaków do koszar wojskowych. Byli pilnowani i mieli zakaz wychodzenia na miasto. Po pięciu dniach na dziedziniec koszar podjechały autobusy i Polacy zostali zawiezieni z Pesztu do Budy do cytadeli na wzgórzu Gelerta, gdzie zostali osadzeni za nielegalne przejście granicy (w związku z sojuszem z Hitlerem Węgrzy nie mogli oficjalnie pomagać Polakom). Zostali umieszczeni w podziemiach twierdzy, gdzie schodzili po drabinie. Po dwóch dniach przyszedł łącznik z polskiej ambasady i poprosił komendanta cytadeli, żeby wypuścił Polaków na dziedziniec. Wtedy łącznik zalecił Polakom, żeby stamtąd zbiegli. Powiedział którędy mają uciekać i gdzie znajduje się polski konsulat w Budapeszcie. W piątym dniu pobytu w cytadeli przyjechał Międzynarodowy Czerwony Krzyż z ubraniami. Dziadek dostał buty, bo stare całkowicie mu się rozsypały.

Kolejnego dnia w czasie deszczu, kiedy węgierscy strażnicy chowali się pod zadaszeniem, dziadek z kolegami postanowili uciec. Musieli skakać z muru. Jeden z kolegów przestraszył się wysokości i zrezygnował. Dziadek skoczył szczęśliwie, natomiast jego kolega tak niefortunnie, że skręcił nogę, co spowodowało potężnego krwiaka. Chłopcy zeszli ze wzgórza Gelerta i skierowali się w stronę polskiego konsulatu, który znajdował się na Vaci Utca. Po drodze napotkali trzech węgierskich policjantów, którzy na szczęście ich nie zaczepili. W konsulacie zrobiono pechowcowi opatrunek nogi, wyrobiono im nowe dokumenty, dano bony na jedzenie i kazano iść do hotelu, i wrócić po trzech dniach. Jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia 1939 roku kolegę dziadka skierowano nad Balaton do miejscowości Balatonkiriti, a dziadka – do małej wsi za Esztergom. Tam przed wojną była czechosłowacka strażnica. Obecnie przebywało tam 90 Polaków, w tym 20 kobiet z Czerwonego Krzyża i Związku Strzeleckiego. Posilali się w dwóch restauracjach „U Czurgaja” i „U Betse”, a za (wyśmienite) jedzenie płaciła polska ambasada. Dodatkowo Międzynarodowy Czerwony Krzyż dał Polakom nowe ubranie i zapomogę na drobne wydatki – 50 pengö (węgierska waluta w latach 1925-45), podczas gdy np. litr wina kosztował 0,2 pengö. Dziadek Henryk przebywał tam do marca 1940 roku. Wtedy dostał skierowanie na wyjazd do polskiego wojska do Francji. Przyszedł konsul, który powiedział, że osoby starsze pojadą drogą legalną, a młodsze – przez zieloną granicę. Dziadek ze swoją grupą, którą kierował wojskowy przewodnik w stopniu kapitana, miał jechać w ten ostatni sposób. Z Budapesztu pojechał pociągiem do Barcsu, miasta na granicy węgiersko-jugosłowiańskiej. Tam nocowali i nad ranem kazano im iść nad rzekę, gdzie czekali flisacy. Wszystko było zorganizowane przez polskie władze – pogranicznicy zostali przekupieni. Z powodu bardzo silnego prądu rzeki Drawy, na drugi brzeg przeprawiali się ponad godzinę, gdzie przyjaźnie powitali ich jugosłowiańscy strażnicy. Nocowali w koszarach. Następnego dnia 20 km jechali furmankami do stacji kolejowej, skąd pojechali pociągiem do Zagrzebia. Tam również wszystko było wcześniej ustalone – Polacy płacili łapówki, by otrzymać włoskie wizy.

Przyjechali do Triestu, gdzie nastąpiła zmiana lokomotyw. Dziadek skorzystał z 45-minutowej przerwy i wysłał ojcu pocztówkę z pozdrowieniami. Mojego pradziadka Jana uratowało to od kary, ponieważ kiedy dziadek uciekł i nie pojawił się na stacji kolejowej w Będzinie, aby jechać do Niemiec, Niemcy przychodzili sprawdzać, czy go nie ukrywa, a ponadto pradziadek musiał co miesiąc jeździć do Sosnowca do Militarpolizei, aby tłumaczyć się, gdzie jest jego syn. Następnym razem pokazał widokówkę z Triestu. Wtedy przełożony posterunku powiedział: „On tam jest u naszych [Włochów, sojuszników Niemców]” i pradziadek nie był więcej nękany.

Tymczasem z Triestu wzdłuż Alp dziadek pojechał do Modany, do polskiego biura wojskowego we Francji, gdzie powiedziano mu, że z powodu młodego wieku nie zostanie wzięty do wojska i dostał skierowanie do szkoły w Paryżu. Dziadek jednak nie chciał się uczyć i wolał zaciągnąć się do armii. Pojechał do koszarów Bessières w Paryżu, gdzie znajdował się punkt zborny dla polskich żołnierzy, w którym otrzymywali oni przydziały do jednostek, a stamtąd do obozu Coëtquidan w Bretanii, gdzie zorganizowano pierwszy obóz Wojska Polskiego we Francji oraz znajdowało się m.in. Centrum Wyszkolenia Saperów. Tam 4 kwietnia 1940 roku dziadek wstąpił ochotniczo do 1 Kompanii Saperów w III Batalionie Armii Polskiej. Niedaleko stacjonował oddział francuskich saperów i byli także polscy instruktorzy wojskowi. Tam dziadek przechodził szkolenia wojskowe, uczył się również wiosłować oraz budowy mostów. Kiedy w maju 1940 roku Niemcy napadli na Francję, dziadek miał walczyć wraz z całą swoją jednostką. Wtedy zginęło dużo Polaków. Jednak jednostka dziadka nie zdążyła dostać się na front, bo marszałek Philippe Petain szybko podpisał kapitulację w imieniu swojego kraju.

EWAKUACJA DO ANGII

Wtedy jednostka dziadka pojechała nad Ocean Atlantycki, aby przedostać się do Wielkiej Brytanii. Na pełnym morzu, koło La Rochelle w zachodniej Francji, zakotwiczył „Batory”. Nie wpłynął do portu, aby nie zostać zaaresztowanym. Statek zrobił już dwa kursy między Francją a Anglią, przewożąc Polaków. Tym razem kapitan popłynął na własną odpowiedzialność, bo Anglicy ostrzegali go, że Niemcy mają zamiar storpedować statek.

– Czekaliśmy w porcie – wspominał dziadek Henryk. – Później motorówkami przewożono nas na statek – cały dzień i całą noc – po 10-12 osób. Kilka tysięcy polskich żołnierzy. Nad ranem popłynęliśmy. Niemcy poinformowali kapitana, że statek zostanie storpedowany między godziną 10 a 12. Aby tego uniknąć, „Batory” popłynął inną trasą – na południe wzdłuż wybrzeża francuskiego, hiszpańskiego i portugalskiego. Między godziną 10 a 12 był alarm, wszyscy musieli założyć kamizelki ratunkowe i wyjść na pokład. Widać było morze głów, człowiek przy człowieku. Na szczęście statek nie został storpedowany. Po 2,5 dniach podróży, 24 czerwca 1940 roku wpłynęliśmy do Plymouth w Anglii. Stamtąd cały dzień i całą noc jechaliśmy pociągiem do Szkocji. Zatrzymaliśmy się w Biggar koło Edynburga, gdzie wcześniej przygotowano dla nas namioty. Nasza jednostka saperów była rozlokowana także w Crawford. Mieliśmy szkolenie, potem przegrupowanie i przeniesiono nas najpierw do Leuchars, gdzie było fałszywe lotnisko z drewnianymi samolotami, aż w końcu do Tayport, obie miejscowości niedaleko St. Andrews nad Morzem Północnym.

Jednak przede wszystkim saperzy pracowali przy przygotowywaniu szkockiego i angielskiego wybrzeża do odparcia ewentualnej inwazji Niemców. Jednostka dziadka uzbrajała wybrzeże Szkocji w miejscach, gdzie był płaski teren. Specjalnym urządzeniem podczas odpływu morza żołnierze wbijali kilkumetrowe pale w ziemię, robili zapory, specjalne bunkry i zaminowywali wybrzeże Morza Północnego.

Pod koniec czerwca 1940 roku formalnie dziadek został przeniesiony do 1 Samodzielnej Kompanii Saperów I Brygady Strzelców Armii Polskiej w Anglii. Podczas szkoleń w Szkocji dziadek ukończył kursy kierowcy, mechanika samochodowego (w pierwszej połowie 1942 roku) i radiotelegrafisty. Polscy żołnierze uczeni byli również języka angielskiego. 20 czerwca 1942 roku dziadek awansował do stopnia starszego sapera, a 25 października 1943 roku został przeniesiony do 10 Kompanii Saperów w I Dywizji Pancernej gen. Maczka. Ćwiczenia wojskowe odbywały się także na poligonach w Anglii. Natomiast na randki polscy żołnierze umawiali się ze Szkotkami. Do dzisiaj mieszka w Anglii moja ciotka Diana, która urodziła się w Szkocji we wrześniu 1943 roku. Jedyne zdanie po polsku, którego nauczyła ją matka, brzmi: „Daj mi buzi moja kochana”.

U MACZKA

W czerwcu 1944 roku podczas inwazji aliantów w Normandii Niemcy bardzo się bronili, zginęło wielu żołnierzy alianckich, głównie Amerykanów. Ale w końcu Niemcy zostali wyparci z francuskiego wybrzeża. Przygotowując się do desantu, polscy żołnierze zostali przewiezieni ze Szkocji do specjalnego obozu ewakuacyjnego Aldershot w południowej Anglii. 1 sierpnia 1944 roku wraz z wojskowym sprzętem zostali załadowani na okręty. 1 Dywizja Pancerna gen. Maczka, wchodząca w skład 1 Armii Kanadyjskiej dowodzonej przez gen. Harry’ego Crerara, płynęła w konwoju z innymi statkami – razem około 30-40 okrętów. Polscy żołnierze dobili do brzegów Normandii w okolicach Caen. Polacy wraz z Kanadyjczykami posuwali się w głąb Francji. Jechali czołgami i ciężkimi wozami na przełaj przez pola po nieskoszonym zbożu, całkowicie je niszcząc. Francuscy rolnicy uciekali przed frontem i nie zdążyli zebrać z pól płodów rolnych.

- Była piękna, słoneczna pogoda – opowiadał dziadek – jechaliśmy wozem rozpoznawczym, ja obsługiwałem karabin maszynowy, obok nas jechali kanadyjscy saperzy. Nagle Niemcy zaczęli puszczać pociski rakietowe, był wielki huk. Jeden z nich uderzył w scoutcara (pojazd mający z przodu koła, a z tyłu gąsienice) Kanadyjczyków, który zaczął się palić. W środku było dziesięciu żołnierzy, z których sześciu uciekło, pozostawiając czterech rannych w wozie. Zszedłem z mojej wieżyczki, wydobyłem ze scoutcara jednego żołnierza, który jeszcze żył, ale był ciężko ranny, i drugiego. Pozostali dwaj już nie żyli. Kiedy tylko odciągnąłem drugiego Kanadyjczyka, to wszystko wybuchło, bo oprócz paliwa w pojeździe znajdował się także materiał wybuchowy. Wtedy podszedł do mnie major wojska kanadyjskiego, spisał dane z książki wojskowej i powiedział, że będę odznaczony wysokim orderem kanadyjskim. Jednak do dnia dzisiejszego nie otrzymałem żadnej wiadomości w tej sprawie. Major mógł zginąć później na wojnie, to przecież był dopiero początek inwazji i jego notatek mógł nikt więcej nie czytać.

W sumie dziadek Henryk został odznaczony dziesięcioma medalami, takimi jak Dwukrotny Krzyż Waleczny z pierwszym okuciem od gen. Maczka (podczas okupacji Niemiec 21 lutego 1946 roku), 1939-45 Star, France & Germany Star, War Medal, Defense Medal, Medal Wojska Polskiego, Croix des Combattats Voloutaires.

Kolejnym etapem wojny była bitwa pod Falaise, jeszcze w sierpniu tego samego roku. Początkowo nikt nie wiedział, kto ją zwyciężył, ponieważ był straszny kocioł, walki trwały 2 tygodnie. Podczas tej bitwy zdarzyła się fatalna pomyłka. Nagle polskich żołnierzy, zamiast niemieckich, zaatakował amerykański szwadron – 6 samolotów wypuściło bomby na polską kompanię przeciwlotniczą. Wtedy zginęło wielu Polaków. A przecież polskie czołgi były oznaczone wielką złotą gwiazdą, która dawała blask widoczny z powietrza. W końcu jednak bitwę wygrali Polacy. Zginęło bardzo dużo Niemców, których ciała leżały w dolinie. – W celu dezynfekcji użyto sodę kaustyczną – wspominał dziadek – trupy zaczęły się pienić i wylewała się z nich krew. A my przejechaliśmy po tych Niemcach. Następnie żołnierze gen. Maczka wyzwolili szereg francuskich miast: Abeville, Wizernes, Belle Croix i St. Ome.

Dalej żołnierze pod dowództwem gen. Maczka weszli do belgijskiego miasta Ypres. Kompania saperska dziadka znalazła się pierwsza na rynku. – Szliśmy w czterech saperów, w tym dwóch braci – Błażej i Karol Zając, ja szedłem pierwszy – wspominał dziadek. Błażej poprosił mnie, żebym puścił go pierwszego, aby mógł złapać jakiegoś Niemca. Miasto wydawało się wymarłe, dookoła stały 4-5-piętrowe budynki. Za nami szli inni saperzy. Wtedy strzelił niemiecki snajper i na miejscu zabił Błażeja. W całej wojnie zginęło niewielu saperów gen. Maczka – czterech, w tym dwóch kucharzy i dwóch saperów liniowych, ale poległo bardzo dużo żołnierzy z 8 Batalionu Strzelców, tzw. „krwawych koszul”. Nazwę tą nadali Holendrzy. Zginęło 250-300% żołnierzy z tego batalionu – cały czas do batalionu byli dokooptowywani nowi rekruci. Wielu od min, bo od tych pułapek Niemcy przeciągali słabo widoczne linki, o które można było łatwo zahaczyć.

Od Falaise 1 Dywizja Pancerna ścigała Niemców, w drodze do Belgii było kilka potyczek. Polacy zdobyli wiele belgijskich miast, m.in. Passchendale, Hooglede, Roulers, Thielt. Następnie Polacy dotarli do Gandawy, gdzie stacjonowali około tygodnia. Do Holandii weszli 16 września, gdzie znów zdarzały się bitwy z żołnierzami Wehrmachtu. Wyzwolono miasto Axel i port Terneusen, a następnie pod koniec października zaskakującym manewrem silnie umocnioną i bronioną Bredę, co uchroniło miasto przed zniszczeniami alianckich bombowców. Podczas wyzwalania zarówno Belgii, jak i Holandii rozradowani ludzie wskakiwali na wozy, czołgi polskich żołnierzy, ciskali chlebem, kwiatami, a dziewczyny rzucały się im na szyje i odwdzięczały pocałunkami. Natomiast Polacy rozdawali mieszkańcom wyzwolonych miejscowości deficytowe papierosy i luksusową w tamtym czasie czekoladę.

Polscy bohaterowie doszli do Mozy w rejonie Moerdijk, gdzie droga była zamknięta z powodu zalewu. Nastała zima przełomu lat 1944/45 i przerwa w działaniach wojennych. Do wczesnej wiosny 1945 roku jednostka dziadka stacjonowała w czteroskrzydłowym klasztorze, w którym przygotowywano księży do pracy w koloniach. Co wieczór saperzy jeździli nad Mozę, żeby zaminowywać brzeg rzeki, robić zasieki, aby Niemcy nie mogli się przedostać. Nie obyło się bez tragicznych wypadków:

- Pewnego razu wracaliśmy do koszar – wspominał dziadek – idziemy gęsiego, nagle słyszymy wystrzał i widzimy, że jeden żołnierz Stanisław Pomorski leży zabity. Zrobił się hałas. Żołnierze znaleźli łuskę z naboju angielskiego automatu. Jeden żołnierz powąchał lufę karabinu kolegi. Okazało się, że to z tej broni, jednak nie z winy żołnierza, ponieważ wadliwa była konstrukcja karabinu – brakowało odpowiedniego zabezpieczenia. Karabin wystrzelił, bo cyngiel zahaczył o drzwi. Dalej zaczynały się tereny niemieckie – kontynuował dziadek – schodziły się dwie rzeki, hitlerowcy się okopali, zaminowali i nie chcieli się wycofać. Marszałek Bernard Montgomery zdecydował, aby z Anglii przylecieli spadochroniarze, a do tego czasu 1 Dywizja Pancerna miała starć się usunąć stamtąd Niemców. Jednak Niemcy tak mocno się bronili, że miejsce to było nie do zdobycia. Ataki z lądu nic nie wskórały. Anglicy wyznaczyli polskich spadochroniarzy, żeby zaatakowali most. Gen. Stanisław Maczek poszedł wtedy do marszałka Montgomery’ego z prośbą, aby ten odwołał akcję, bo obawiał się, że żołnierze zostaną zestrzeleni. Niestety Montgomery odmówił, ponieważ jego zdaniem było już za późno na odwołanie akcji, choć można to było jeszcze zrobić. Następnego dnia o godzinie 10 rano nadlecieli z Anglii polscy spadochroniarze [prawdopodobnie 1 Samodzielna Brygada Spadochronowa]. Niemcy strzelali do nich jak do kaczek. Doszło do straszliwej rzezi polskich żołnierzy. Zginęło około 90% spadochroniarzy. Tymczasem Niemcy, widząc przewagę aliantów, w nocy wycofali się, a armie sprzymierzone ruszyły w pościg.

Na terenie Niemiec walki trwały do początków maja 1945 roku. Jednostka dziadka przez Jever dotarła do miasta Wilhelmshaven, gdzie znajdowała się baza Kriegsmarine – niemieckiej marynarki wojennej. 5 maja twierdza skapitulowała przed gen. Maczkiem, który ją przejął. Następnie 1 Dywizja Pancerna wycofała się z Wilhelmshaven niecałe 100 km na południowy zachód i została umieszczona na okupacji w ramach angielskiej strefy okupacyjnej w okolicach miast Leer i Papenburg. Władze pytały się polskich żołnierzy, czy chcą wracać do okupowanej przez komunistów Polski, czy wolą zostać na emigracji. Większość z nich nie chciała wracać i pojechała do Anglii. Istniała tez możliwość wyjazdu do Ameryki Południowej, RPA lub do Australii. Na okupacji w Niemczech zostali ci żołnierze, którzy zdecydowali się wracać do Polski. Pozostali otrzymali wysoką odprawę i pojechali do obozów przejściowych. W marcu 1947 roku dziadek otrzymał awans do stopnia kaprala, był kierowcą samochodowym, zastępcą drużyny patrolu reparacji samochodów.

POWRÓT DO KRAJU

Na okupacji dziadek Henryk przebywał do 1947 roku. W tym czasie był pierwszy transport polskich robotników przymusowych przez Lubekę do Szczecina. Niemcy przygotowali 50 wagonów towarowych. W Lubece była granica z radziecką strefą okupacyjną, gdzie Rosjanie kazali polskim przesiedleńcom wysiadać, a następnie zabrali im cały dobytek. W Szczecinie rejestrowano robotników przymusowych i dawano im bilety kolejowe do dowolnego miasta w Polsce. Wagony już nie wróciły do Niemiec, ponieważ zostały ukradzione przez Rosjan. Anglicy nakazali podstawić Niemcom kolejne 50 wagonów. W Lubece w drugim, a także w trzecim transporcie cywile również zostali obrabowani przez Rosjan. Czwartym transportem jechali byli żołnierze 1 Dywizji Pacnernej. Jednak, aby nie byli oni kontrolowani i obrabowani przez Rosjan w Lubece, mieli ochronę: w pierwszym wagonie jechali kanadyjscy żołnierze, w środkowym – Anglicy, a w ostatnim – Amerykanie. Mimo że zabronione było wwożenie broni do Polski, żołnierze mieli swoje pistolety i karabiny. W Lubece radziecki porucznik kazał byłym podkomendnym gen. Maczka wysiadać z wagonów, jednak oni się na to nie zgodzili. Pociąg stał na stacji 7 godzin. W tym czasie Rosjanie dzwonili do swojego dowództwa w Berlinie z pytaniem, co mają robić z tym problemem. W końcu puścili pociąg. Po drodze żołnierze wyrzucili broń z wagonów. W Szczecinie, do którego przybyli 11 lipca 1947 roku, też nikt nie rewidował żołnierzy. Każdy dostał tam darmowy bilet kolejowy do dowolnego miejsca w Polsce. Dziadek wrócił do Czeladzi, gdzie mieszkał do śmierci w 1999 roku.

Ciężkie losy miał kolega dziadka Mieczysław Ferenc, który podczas powrotu z okupacji pochwalił się w Szczecinie, że był telegrafistą I klasy. Wkrótce potem przyszedł do niego oficer z urzędu bezpieczeństwa z żądaniem, aby wstąpił do Ludowego Wojska Polskiego i szkolił żołnierzy. Jednak Ferenc miał dość wojska i nie zgodził się. Za kilka dni przyszło do niego dwóch innych oficerów, oskarżyli go o to, że jest szpiegiem i kazali oddać rzekomo posiadaną przez niego radiostację. Bili go, kopali, grozili, że go zabiją, zastrzelą. Tortury trwały miesiącami. Nękali go kilkanaście razy, aż w końcu, widząc, że nic nie wskórają, zrezygnowali.

* Artykuł ten został opublikowany w nr 3 miesięcznika „Opcja na Prawo” z 2006 r.

5 odpowiedzi to “Saper u gen. Maczka”

  1. andrzej pisze:

    Brat mojego dziadka Józef Nowak był saperem u gen.Maczka.
    Mam jego zdjęcia z wojny,kładł przeprawy dla czołgów

  2. Anna pisze:

    Mój dziadek Brunon Kamiński (pseudonim Bronisław Słomka) również był saperem w 10 kompanii saperów. Mam kilka fotografii.

  3. Wojtek pisze:

    Witam zajmuje się badaniem historii PSZ z naciskiem na saperów jeśli ktoś posiada fotografie wspomnienia lub chociaż nazwisko proszę o kontakt.
    mail sten6(małpa)op.pl

  4. magda pisze:

    do Andrzeja – możesz coś więcej napisać o Józefie Nowaku?

  5. Maria pisze:

    Panie Wojtku, właśnie przeczytałam wpis pana i chcę poinformować, że mój teść Klemens Zielonka służył w 10 brygadzie saperów, przeszedł szlak bojowy z gen. Maczkiem,który był jego dowódcą. Za waleczność otrzymał Medal Armii Królewskiej Bohater Wojny 1939 – 1945. Teść zmarł 13.06.2017 roku. Jeżeli ktoś coś wie lub ma fotografie proszę o kontakt.

Zostaw odpowiedź

web stats stat24